Hiszpania, Matisyahu i BDS

“Całe życie czekam, bo modlę się, by ludzie powiedzieli, że nie chcą więcej walczyć, że nie będzie więcej wojen i nasze dzieci będą się razem bawić…”

– “Pewnego dnia” w wykonaniu Matisyahu

Te słowa mogą brzmieć niewinnie – marzenie o pokoju i harmonii na świecie – ale śpiewak hip-hop, Matisyahu, który je śpiewa, został napiętnowany jako ten, który fałszuje główną melodię dorocznego festiwali muzycznego w Benicassim pod Walencją w Hiszpanii.
Jak to ujął Herb Keinon z “Jerusalem Post”: “Jeśli planujesz wyprawę na Festiwal Sunsplash Rototom Reggae w Hiszpanii w tym tygodniu, lepiej nie mów językiem Hebrajczyków. Bo jeśli to robisz, mogą cię wykopać”.

Grzechem Matisyahu było to, że jest Żydem. Ten znany śpiewak zdobył sławę, kiedy jeszcze był ultra ortodoksyjnym Żydem o wyraźnym wyglądzie chasyda.

matis ch

Kilka lat temu zgolił pejsy i brodę, zdjął strój chasyda, ale nadal jest dumnym Żydem: amerykańskim Żydem, nie Żydem izraelskim.

matis chiloni

To najwyraźniej wystarczyło organizatorom festiwalu.

Pod ostrym naciskiem lokalnego ruchu BDS (Bojkot, dywestycje, sankcje) zażądali od Matisyahu, by wyraźnie oświadczył, jakie jest jego stanowisko w sprawie syjonizmu i konfliktu izraelsko-palestyńskiego.

Matisyahu nie dał się zastraszyć i napisał na Facebooku: “Chcieli, żebym napisał list lub nagrał wideo z wyjaśnieniem mojego stanowiska wobec syjonizmu i konfliktu izraelsko-palestyńskiego, żeby ugłaskać ludzi z BDS. Kierownictwo festiwalu nalegało, bym wyjaśnił moje osobiste poglądy; co brzmiało jak wyraźny nacisk, bym zgodził się z politycznym programem BDS.

Było rzeczą oburzającą i obraźliwą, że jako jedynego żydowsko-amerykańskiego artystę, który miał wystąpić na tym festiwalu, próbowali zmusić mnie do politycznych oświadczeń. Czy od jakiegokolwiek innego artysty wymagano politycznych oświadczeń, by mógł występować?”

Jak pisał Douglas Murray w eseju opublikowanym przez Gatestone Institute: „Hiszpania ma własne problemy graniczne. Być może odtąd hiszpańskich artystów powinno się wypytywać o ich stanowisko polityczne zanim pozwoli im się występować za granicą? Może reszta świata powinna żądać od wszystkich artystów z Hiszpanii podpisania oświadczenia lub nagrania wideo popierającego niepodległość Katalonii, jeśli ma się im pozwolić na publiczne występy?”

Po wrzawie, która nastąpiła, organizatorzy festiwalu wycofali się i ponownie zaprosili Matisyahu, ale szkody już się dokonały. A może nie: festiwal był szerzej omawiamy w mediach niż kiedykolwiek wcześniej w historii 22 lat jego istnienia, a wrzawa odsłoniła coraz paskudniejsze aspekty BDS. Wezwanie do „bojkotu, sankcji, dywestycji” wobec Izraela może zaczynać się od Zielonej Linii, ale nigdy się tam nie zatrzymuje.

I nie ma to nic wspólnego z pokojem, wymianą kulturalną i prawami człowieka.

Jak pisałam w zeszłym tygodniu, na nowym poziomie absurdu pomieszanego z hipokryzją norweski festiwal filmowy odmówił pokazania nagrodzonego izraelskiego filmu dokumentalnego o niepełnosprawnych dzieciach. Według reportera z „Yediot Aharonot”, Roya Zafraniego, film „Inni marzyciele” został odrzucony, ponieważ organizatorzy nie chcieli pokazywać izraelskiego filmu, który nie opisywał „okupacji” w takiej czy innej negatywnej formie.

Kilka miesięcy temu pisałam, że piosenkarka Achinoam Nini, lepiej znana za granicą jako Noa, także spotkała się z próbą zamknięcia jej ust, kiedy występowała w Hiszpanii. Jak na ironię Nini, która reprezentowała Izrael na Eurowizji 2009 razem z arabsko-izraelską Mirą Awad, jest żarliwą i jawną działaczką na rzecz pokoju. W odróżnieniu od Matisyahu próbuje przekazać wyraźne przesłanie polityczne podczas swoich występów – przesłanie o koegzystencji.

BDS jest jednak częścią ideologii wyjątkowo złowieszczej skrajnej lewicy. Zwolennicy BDS nie chcą normalizacji. Nie chcą niczego poza delegitymizacją, demonizacją i, w ostatecznym rachunku, destrukcją Izraela.

BDS País Valencià i RESCOP, dwie grupy, które stały za próbą zakazu występu dla Matisyahu, wystosowały długą i szczegółową obronę swojego rozumowania. Na przykład, w punkcie 8. oświadczenia piszą: „Jako obywatele posiadający sumienie, którzy także nie cierpią wszystkich postaci rasizmu i podżegania rasistowskiego, nasze wezwanie do wykluczenia występu Matisyahu jest zasadnym, ‘zdroworozsądkowym’ bojkotem artysty, który odmawia wyparcia się swojego haniebnego podżegania rasistowskiego i pełnego nienawiści przesłania. Religijna lub etniczna tożsamość Matisyahu jest całkowicie nieistotna dla naszego wezwania, by wykluczyć jego występ”.

Oczywiście, że jego religijna i etniczna tożsamość jest nieistotna: naciskaliby na każdego, kto okazuje jakieś poparcie dla Izraela, niezależnie od tego kim byłby i skąd by pochodził.

Popatrzmy na wypadek Emmy Carter. Według doniesienia „Yediot Aharonot” z tego tygodnia turystka brytyjska, która zakochała się w Tel Awiwie, musiała zamknąć konto na Facebooku po zamieszczeniu następującego zdania: „Jest kilka czynników, które rozważam, kiedy lubię jakieś miejsce – ludzie, żywność i architektura! Wszystkie całkowicie spełnione w Izraelu…”

Carter chwaliła ciepłą postawę Izraelczyków, których spotkała, poczucie bezpieczeństwa – i system antyrakietowy Żelazną Kopułę – oraz sklepy z lodami otwarte 24 godziny na dobę.

Tego było za dużo. Carter odkryła, kim są jej prawdziwi przyjaciele z Facebooka: oskarżono ją o popieranie „państwa apartheidu” i kraju, który kradnie ziemię palestyńską – jak gdyby ludzie, którzy nigdy nie byli w Izraelu wiedzieli więcej niż ktoś, kto właśnie wrócił z tego kraju i sam go oglądał.

Carter powiedziała, że kiedy wybierała się do Tel Awiwu, żeby towarzyszyć przyjaciółce, która chciała tam obchodzić swoje 40. urodziny, „Jako Angielka wszystko, co wiedziałam o Izraelu, to że były tam wojny w Gazie”.

I to jest wszystko, co wiedzieliby wszyscy, gdyby BDS zrealizowało swoje plany. Według artykułu w „Yediot” Carter musiała zamknąć swoje konto na Facebooku, ponieważ ataki na nią (i na Izrael) piętrzyły się, a Facebook ostrzegł ją, że jej post był „obraźliwy”.

Wiele grup BDS i propalestyńskich jest dumnych z posiadania żydowskich członków i bardzo starannie podkreślają, że nie są antysemitami. Niech Bóg broni.

Podczas wojny zeszłego lata w Gazie otrzymałam e-mail od grupy o nazwie BDS Italy, tak przepełniony przekonaniem o własnej nieomylności i wyższości moralnej skrajnej lewicy, że roześmiałam się, mimo że rakiety nadal waliły w nas w ilości około 100 dziennie.

“BDS Italy wyraża jednoznaczne i absolutne potępienie haniebnych plakatów rozklejonych w Rzymie przez neofaszystowską grupę, Militia, jak również ogólną kooptację [sic] sprawy palestyńskiej przez skrajną prawicę, by szerzyć antysemityzm. BDS Italy potępia antysemityzm jako ideologię rasistowską i reakcyjną i potępia użycie cierpień palestyńskich jako pretekstu i narzędzia do szerzenia tej ohydnej ideologii. Szczególnie potępiamy faszystowskie wezwanie do bojkotu żydowskich przedsiębiorstw, wezwanie, które zawiera oburzającą ‘czarną listę’. BDS Italy notuje, że kampania Bojkot, Dywestycja, Sankcje (BDS) przeciwko Izraelowi… nie ma nic wspólnego z ohydnymi i podłymi manewrami faszystów starych i nowych”.

Określenie przez orędowników BDS wpisywania na czarną listę przedsiębiorstw, których właścicielami są Żydzi, jako „oburzające” jest szczególnie absurdalne.

Czym jest BDS jeśli nie czarną listą firm kojarzonych z państwem żydowskim? E-mail, jaki otrzymałam w zeszłym tygodniu od BDS South Africa, próbował wyjaśnić, dlaczego kampania wybrała Woolworth do bojkotu konsumenckiego.

„Kilku detalistów w Afryce Południowej ma jakiegoś rodzaju kontakty handlowe z Izraelem. Bojkotowanie ich wszystkich równocześnie nie jest wykonalne, więc skupiamy nasze kampanie i przechodzimy od jednego celu do drugiego, aż osiągniemy nasz cel… Choć poszczególne czereśnie w Woolworth mogą nie pochodzić z nielegalnego osiedla izraelskiego, dostawca najprawdopodobniej – według różnych doniesień – działa w osiedlach, co czyni zarówno dostawcę, jak Woolworth winnymi naruszenia prawa międzynarodowego. Ponadto jest dobrze udokumentowane, że izraelskie firmy rolnicze używają głównego dostawcy wody w Izraelu, Mekorot, który działa nielegalnie w nielegalnych osiedlach izraelskich. Woolworth jest tego świadomy, ale nie wyjaśnił, czy jakikolwiek produkt izraelski pochodzi z firm, które używają Mekorot”.

Według tego kryterium powinni bojkotować Palestyńczyków, nie zaś popierać ich: zarówno Autonomia Palestyńska na Zachodnim Brzegu, jak Hamas w Gazie używają elektryczności dostarczanej przez Izrael; oficjele AP i członkowie Hamasu regularnie otrzymują leczenie w szpitalach izraelskich; i jak najdalszy od unikania akademickich instytucji izraelskich, założyciel BDS, Omar Barghouti, studiował na uniwersytecie w Tel Awiw.

Jak zawsze, moją odpowiedzią, jest przeciwstawianie się bojkotowi kupowaniem produktów izraelskich.

Jeśli indywidualni zwolennicy BDS chce bojkotować wszystko, co Izrael oferuje w dziedzinie kultury, medycyny i technologii, to jest to ich prawem, chociaż ich życie będzie uboższe, krótsze i bardziej nieszczęsne.

Czy nie byłoby jednak lepsze promowanie prawdziwej koegzystencji? „Pewnego dnia”, jak mógłby powiedzieć Matisyahu każdemu, kto nie jest zbyt uprzedzony, by go wysłuchać.

Liat Collins

Urodzona w Wielkiej Brytanii, osiadła w Izraelu w 1979 roku i hebrajskiego uczyła się już w mundurze IDF, studiowała sinologię i stosunki międzynarodowe. Pracuje w redakcji “Jerusalem Post” od 1988 roku. Obecnie kieruje The International Jerusalem Post.

Żródło : http://www.izrael.org.il/opinie/4668-hiszpania-matisyahu-i-bds.html

Jerusalem Post, 20 sierpnia 2015
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska (listyznaszegosadu.pl)

Czarnowidztwo

Osobiście obawiam się, że jeśli Poroszenko i Wierchowna Rada doprowadzi do Upadku Mińska-2, to Unia Europejska nie będzie miała innego wyjścia, uszanować suwerenność Ukrainy (jak to uprzednie uczyniła Rosja), i ograniczyć z nią współpracę, skoro ta sobie jej nie życzy; prawdopodobnie również MFW zażąda zwrotu pomocy, wobec braku chęci realizacji programu pomocowego przez władze ukraińskie. Jedynym „sojusznikiem” pozostaną Amerykanie, zaś problem Donbasu pozostanie nie rozwiązany. Co niestety zredukuje osiągnięcia „rewolucji godności” do zmiany jednych oligarchów na drugich i uzależnienia się Ukrainy od USA, w imię wolności i suwerenności. Wtedy się okaże ilu, w Wierchownej Radzie, zasiada zbiorowych samobójców chcących służyć USA, w charakterze mięsa armatniego w wojnie przeciw Rosji. Może świadomość jaką gotują przyszłość swojemu narodowi, ich otrzeźwi.

Anatomia rusofobii

Polska ma ugruntowaną w świecie opinię kraju rusofobicznego, w którym zarówno emocje zwykłych ludzi, jak i debata polityczna na temat Rosji koncentrują się nie wokół narodowych interesów ale negatywnych emocji. W rzeczywistości jednak, większość Polaków nie wpisuje się w ten stereotyp a złą prasę robi nam głośna i wpływowa mniejszość.

Zarówno w stosunkach z samą Rosją, jak i w rozmowach o Rosji z partnerami z Zachodu, Polska jest często a priori posądzana o brak obiektywizmu i kierowanie się niezdrowymi emocjami zamiast racjonalnym rachunkiem zysków i strat. I rzeczywiście: wielu polskich polityków, naukowców, ekspertów i dziennikarzy przy każdej swojej wypowiedzi o Rosji emanuje złością, nienawiścią i złą wolą. Za każdym razem, kiedy pojawiają się w relacjach dwustronnych Rosji z Polską czy jakimkolwiek innym krajem kwestie sporne (a jest to w stosunkach międzynarodowych naturalne i nieuniknione), wmawiają oni społeczeństwu, iż stosunki z Rosją nie są i nie mogą być dobre — ich natura rzekomo odbiega od relacji z innymi krajami, i dlatego obowiązują w nich inne zasady, cele i kryteria.

Co gorsza, w rezultacie dominacji chorych z nienawiści rusofobów w polityce, mediach i ośrodkach analitycznych, paranoidalne wizje stają się rzeczywistością: wbrew narodowym interesom i naturalnym odruchom większości społeczeństwa, stosunki z Rosją rzeczywiście nigdy nie osiągnęły poziomu pozwalającego zrealizować ukryty we wzajemnym położeniu ogromny potencjał, a na tle kryzysu ukraińskiego stały się w sposób otwarty złe. Warto więc bliżej przyjrzeć się polskim rusofobom, którzy wbrew wszelkiemu rozsądkowi zdominowali zarówno publiczny dyskurs wobec Rosji, jak i politykę państwa wobec tego kluczowego dla pozycji Polski sąsiada. W skrócie, można podzielić ich na trzy grupy.

Pierwszą są rusofobi — wyznawcy. Ludzie ci absolutnie szczerze wierzą, iż tak jak szatan wciela się w indywidualnych ludzi i z ich pomocą realizuje swoje diabelskie plany, tak i Rosja stanowi instrument przy pomocy którego zły działa na Ziemi. Nienawiść do Rosji jest u nich pochodną fundamentalnego przekonania, iż likwidacja tego kraju jest częścią planu zbawienia świata, którego predestynowanymi przez historię i namaszczonymi z Niebios wykonawcami mają być Polacy: jak wiadomo, ze złem się nie dyskutuje — zło zwalcza się wszelkimi dostępnymi metodami. Dlatego właśnie wyznawcy twierdzą, iż polska polityka wschodnia powinna stać się krucjatą przeciw Rosji, której celem będzie zatknięcie biało —czerwonego sztandaru na murach Kremla i rozczłonkowanie tego kraju, w sposób, który nie pozwoli mu nigdy więcej stać się jednym terytorialnym, geopolitycznym i kulturowym organizmem. Bardzo często zdarza się spotykać ten typ podczas różnego rodzaju konferencji i seminariów a także na łamach polskich gazet. Charakterystyczne, iż wiara w szatańskie podłoże polityki Rosji i samego jej istnienia jest u nich odwrotnie proporcjonalna do znajomości tego kraju: najbardziej zacietrzewieni z nich nigdy nie byli w Rosji, nie znają ani jednego Rosjanina a swoją wiedzę o Wschodzie czerpią najprawdopodobniej z osobistych kontaktów z siłami nadprzyrodzonymi.

Drugą stanowią rusofobi — pasjonaci. Ci hobbyści stosunków międzynarodowych bardzo chcieliby sprawdzić się na szerokich wodach wielkiej dyplomacji, ale w związku z faktem, iż Polska — ze względu na mały potencjał i jeszcze gorsze jego zagospodarowanie — oferuje w tej kwestii niewielkie możliwości, stawiają na ekstremalny przerost formy nad treścią, licząc, iż wielkie gadanie zastąpi realne działania: z ich punktu widzenia jedyną szansą znalezienia się w wielkiej polityce dla Polski i dla nich osobiście jest wejście do niej kuchennymi drzwiami rusofobii. Ponieważ bowiem od lat, nikt Polaków z ich poronionymi pomysłami i karkołomną realizacją nie wpuszcza do światowej elity od frontu, pasjonaci postanowili, iż Polska stanie się światowym ekspertem od spraw rosyjskich: będzie diagnozować położenie spraw, wypracowywać „strategie” działania i stać na czele wcielenia ich w życie. Podczas wszelkiego rodzaju wystąpień, ku osłupieniu Rosjan i zażenowaniu partnerów z Zachodu, rusofobi — pasjonaci z natchnionymi minami twierdzą, iż znaleźli klucz do rosyjskiej zagadki i czas najwyższy dać im możliwość pomajstrować nim w zamku polskich, europejskich i światowych stosunków z Moskwą.

Trzecią zaś są rusofobi — zawodowcy. Osoby te publicznie wypowiadają się w tonie podobnym do dwu poprzednich grup, jednak prywatnie przyznają, iż jest to czysta retoryka a oni sami nawet przez chwilę nie wierzą w głoszone przez siebie antyrosyjskie tezy. Bicie w antyrosyjski bęben jest dla nich środkiem moralnego i materialnego awansu: zarabiania pieniędzy, obejmowania stanowisk, odbierania hołdów i stawania się moralnym autorytetem. Wbrew pozorom, zgodnie z którymi z tymi rusofobami z rozsądku, można byłoby się dogadać, są oni bardziej niebezpieczni niż dwie poprzednie grupy: ponieważ negatywny obraz Rosji jest dla nich podstawą istnienia w polityce, środowisku eksperckim czy dyskursie publicznym, zrobią oni wszystko co możliwe, aby tylko odpowiedni jego poziom utrzymywał się w społeczeństwie, pozwalając do walki z „rosyjskim zagrożeniem” angażować coraz więcej sił i środków umożliwiających im robienie kariery: tłuste granty, stanowiska i hołdy aż do emerytury. To właśnie ta grupa, działając w sposób całkowicie świadomy i absolutnie cyniczny doprowadziła do postawienia na głowie polskiej polityki zagranicznej, która w obecnym kształcie nie służy, jak w każdym normalnym państwie do poszukiwania przyjaciół i rozwiązywania konfliktów, ale na odwrót: do kreowania wrogów i zaostrzania nawet najbardziej błahych sytuacji. Polscy stratedzy wiedzą bowiem, iż Rosja nie zagraża naszemu bezpieczeństwu, jednakże zapewne trudno powstrzymać im się od mniej lub bardziej oficjalnej doli, którą oni i ich koledzy dostaną od wielomiliardowych kontraktów na uzbrojenie kupowane na potrzeby obrony przed rzekomym zagrożeniem ze Wschodu.

Absurdalna i trudna do wytłumaczenia dominacja rusofobów w polskiej debacie publicznej, dyplomacji, mediach i środowisku eksperckim nie jest więc fatalnym zbiegiem okoliczności czy rezultatem działania niepoddających się racjonalnej analizie sił: jest to efekt całkiem wymiernych interesów konkretnych ludzi, którzy na nasilaniu napięcia i prowokowaniu konfliktów robią kariery, zarabiają pieniądze i chodzą w nimbie znawców i autorytetów.

Trudno się dziwić, iż w tej sytuacji, zarówno sami Rosjanie, jak i cała reszta świata postrzega nas jak owładniętych historycznymi traumami, narodowymi kompleksami i absurdalnymi stereotypami paranoików, których w żadnym wypadku nie należy dopuszczać do jakichkolwiek istotnych kwestii w realnej polityce wobec Rosji. I kiedy kolejny polski prezydent będzie domagał się włączenia nas w rozmowy „normandzkie” czy proces formułowania priorytetów polityki wschodniej UE czy NATO, to warto aby najpierw sprawdził co o potencjalnych rosyjskich partnerach, którzy siedzieć będą po drugiej stronie stołu mówili i mówią jego doradcy, autorytety i eksperci.

Źródło : http://pl.sputniknews.com/opinie/20150706/630558.html
Jakub Korejba