PRL-PiS

PiS konsekwentnie wznosi gmach narodowo-konserwatywnej hegemonii politycznej. Prace trwają na wielu polach – w imię katolickiego szariatu wprowadza się kontrolę rozrodu i ogranicza prawa reprodukcyjne kobiet. Jedyna akceptowana wersja patriotyzmu to szowinizm i ksenofobia okraszone odpustową tandetą tekstylną, polityka historyczna brutalnie ruguje z pamięci i programu edukacji bohaterów walki o równość, brunatny nacjonalizm staje się miarą cnoty i cenionej postawy obywatelskiej, a polskość – rasowo-etnicznie rozumianą wyjątkowością; prawo do inwigilacji – koniecznością wymuszoną względami bezpieczeństwa, media publiczne – narzędziem tworzenia lęków i uległości wobec władzy, szkoła – fordowską linią produkcyjną, z której do społeczeństwa zjeżdżać mają agresywni ignoranci z Wielką Polską i nienawiścią na mordach.

Opozycję należy marginalizować i tępić za pomocą resortów siłowych, posłusznej prokuratury, IPN-u, oraz najnowszej zdobyczy – Trybunału Konstytucyjnego. Jednym z pierwszych testów tego ostatniego będzie delegalizacja Komunistycznej Partii Polski, którą właśnie zapowiedział resort sprawiedliwości. Obecnie prowadzona jest analiza, która niebawem zakończy się wnioskiem Prokuratora Generalnego do TK o stwierdzenie zgodności celów i działalności KPP z ustawą zasadniczą.

Trudno sobie wyobrazić, by opanowane przez ludzi Jarosława Kaczyńskiego gremium stwierdziło, że nie ma przesłanek ku delegalizacji. Nie o prawdę i rzetelną analizę praktyki politycznej i pryncypiów KPP tutaj chodzi. Fakty nie mają znaczenia, choć przemawiają one na korzyść liczącego obecnie ok. 500 członków ugrupowania. Podczas swojej 15-letniej aktywności partia nie przeprowadziła choćby jednej akcji, której cele i metody można by określić jako zmierzające do ustanowienia totalitarnego porządku. Nie zanotowano również żadnego aktu przemocy ze strony KPP, ani jednej ulicznej bijatyki z policją czy innych działań przeciwko porządkowi publicznemu. Komuniści zajmowali się pielęgnowaniem pamięci o wspólnej walce żołnierzy polskich i radzieckich przeciwko nazistom, krytykowali sojusz z amerykańskimi imperialistami, wyrażali poparcie dla Kaddafiego, Assada, Łukaszenki i kilku innych słabnących reżimów. Na ich stronie internetowej można zobaczyć symbol ruchu robotniczego – sierp i młot, twarz Lenina i hasło „robotnicy wszystkich krajów, łączcie się”. Komu zagraża ta grupa działaczy robotniczych? Nikomu. Nawet PiS-owi. Jasne jest, że katoprawicy nie chodzi o likwidację zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego, bo trudno mówić o takowym ze strony kilkuset nostalgików. Ekipa Kaczyńskiego jest również świadoma, że potencjał rozwojowy KPP w obecnych warunkach, gdy radykalna lewica jest zatomizowana i pogrążona w marazmie, a spojrzenia pełne nadziei skierowane są raczej w kierunku Partii Razem – delikatnie zwyżkującej socjaldemokracji, jest raczej zerowy. Jaki jest więc cel tej rozgrywki?

To wysłanie społeczeństwu sygnału – w naszym państwie nie ma miejsca na lewicę, zaczynamy proces jej demontażu. Działaczy należy pozbawić resztek morale i wytworzyć w nich przekonanie, że to, co robią i wartości, którymi się kierują – są nie tylko niemożliwe do osiągnięcia, ale wręcz nielegalne. PiS chce wtrącić nas do kryminału, a na pierwszy ogień wziął tych, którzy nie znajdą szerokiego grona obrońców, a jednocześnie stanowią łatwy obiekt do szczucia. KPP nosi w nazwie komunizm, a każdy młody patriota przecie wie, że „dobry komunista to martwy komunista”. Strzałów w potylicę, dołów z wapnem czy skierowania do obozów pracy działacze KPP na razie nie muszą się obawiać, jednak w legalnym życiu politycznym nie ma być dla nich miejsca. To również sygnał dla popierającego PiS antykomunistycznie rozpalonego segmentu społecznego – mamy w Polsce problem z komunistami, zróbmy z nimi porządek. Straszak w postaci uchodźców może przecież niedługo się znudzić, a patriotyczna czerń – bandyci z celtykami i stadionowi troglodyci, potrzebują przecież nowych obiektów nienawistnych westchnień.

To dopiero początek. Po eliminacji KPP pod lewą ścianą znajdą się inne ugrupowania socjalistyczne – PPS, Pracownicza Demokracja, Socjaliści, z którymi PiS powinien poradzić sobie równie szybko. Możliwe jednak, że postanowi na razie im odpuścić, przechodząc do zawołania „ścinamy wysokie drzewa”. Pod topór pójdą więc większe podmioty – Krytyka Polityczna – no przecież to gniazdo marksizmu, zatruwające młodzież z wielkich miast i środowisko akademickie, OPZZ – związek, który kolaborował z komuną, SLD – komuna najpierwszego sortu, no i oczywiście wilk, który przybrał owczą skórę – Partia Razem – również marksistowsko-genderowskie zło w przyjemnym fioletowym opakowaniu. Warto się zatrzymać przy tym ugrupowaniu.

Jego działacze i działaczki konsekwentnie odmawiają zajęcia stanowiska w sprawie delegalizacji KPP. Żaden z niech nie zgodził się na zacytowanie. Nieliczni zdobywają się się na delikatne wyrazy solidarności, inni wręcz cieszą się z agonii „totalitarystów”, którzy według nich działają niezgodnie z konstytucją. Ci ostatni budzą we mnie największą odrazę. Powtarzanie klisz języka propagandy rodem z Czarnej Księgi Komunizmu, jakoby komunizm był ideologią immanentnie i nierozerwalnie związaną z totalitaryzmem świadczy o brakach w wykształceniu i kwalifikuje do politycznego zsypu. Ale nawet im nie życzę bycia zdelegalizowanym przez PiS, choć oni chcieliby tego dla komunistów. Partia Razem naiwnie wierzy, że umiarkowany język i odcinanie się od radykalizmów to gwarancja spokoju i trwania w ramach zasad wyznaczonych przez PiS. Tak jednak nie będzie, dlatego że dla inspektorów z IPN i prokuratorów Ziobry nie ma odcieni szarości. Wszelkie lewicowe organizacje są wrogie i wobec nich obowiązuje kalendarz egzekucji. Zapis na późniejszy termin jest dość słabym pocieszeniem, proszę fioletowych przyjaciół.

Co i z kim możemy zrobić w momencie, gdy prawicowa ekstrema przyszła właśnie po komunistów, a największa lewicowa siła zatyka uszy, nie chcąc usłyszeć pierwszego wersu z pastora Niemöllera? Jakby to powiedziała Róża Luksemburg – należy działać szybko. Krzepiącym akcentem są wypowiedzi rzeczniczki prasowej SLD Anny Marii Żukowskiej, która napisała, że „Sojusz Lewicy Demokratycznej nigdy nie przyklaśnie zamykaniu ust siostrzanym – nawet, jeśli to ideowo dalekie kuzynki – partiom lewicowym” oraz zapowiedziała aktywny sprzeciw jej partii przeciwko zapędom Ziobry. Interwencję u władz OPZZ zapowiedział również doradca tej centrali Piotr Szumlewicz. Na uznanie zasługuje również postawa działaczy Pracowniczej Demokracji czy Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, którzy również nie zamierzają przypatrywać się bezradnie, jak PiS rozpoczyna demontaż lewicy w Polsce. Portal strajk.eu oczywiście przyłącza się do formującej się koalicji w obronie wolności słowa. Konieczne jest jednak stworzenie szerszego frontu przeciwko ograniczaniu swobody działalności partii politycznej i kryminalizacji lewicowych poglądów. Obowiązkiem każdego demokraty dzisiaj jest stanięcie po stronie Komunistycznej Partii Polski. W tej rozgrywce nie chodzi bowiem o ochronę jednej partii. To walka o demokratyczne państwo. Zagrożony jest jego fundament – polityczny pluralizm, a jego redukcja rozpoczyna się właśnie od uderzenia w komunistów.

źródło : http://www.sld.org.pl/aktualnosci/20329-piotr_nowak_na_portalu_strajk.html

Reklamy

Oświadczenie polskiego MSZ w/s sytuacji w Awdijiwce

Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP wyraża najgłębsze zaniepokojenie w związku z drastycznym pogorszeniem sytuacji humanitarnej i bezpieczeństwa w strefie konfliktu w Donbasie wywołanym agresywnymi działaniami prorosyjskich bojowników w rejonie miasta Awdiejewka.

Wbrew wielokrotnie powtarzanym zobowiązaniom do rozejmu, doszło do eskalacji walk, w której życie straciło w ciągu ostatniego tygodnia co najmniej 16 żołnierzy ukraińskich. Wskutek użycia broni ciężkiej, zniszczone zostały ważne elementy infrastruktury, co powoduje ogromne cierpienia miejscowej ludności cywilnej, aż po konieczność opuszczenia własnych domów. Przerwy w ogrzewaniu, dostawach prądu i wody w regionie objętym działaniami zbrojnymi grożą poważną katastrofą humanitarną. Wzywamy do natychmiastowego zaprzestania działań bojowych oraz umożliwienia dostępu organizacjom pomocowym i instytucjom niosącym pomoc cywilom.

Ostatnie wydarzenia po raz kolejny dobitnie wskazują na bezwzględną konieczność przestrzegania przez obie strony konfliktu zobowiązań, które zostały powzięte w Mińsku. W pierwszej kolejności niezbędne jest jednak spełnienie przez Rosję tych zobowiązań, które dotyczą bezpieczeństwa. Jest to warunek niezbędny do podjęcia jakichkolwiek efektywnych zobowiązań politycznych. Apelujemy do Rosji o powstrzymanie działań kontrolowanych przez nią bojowników oraz o wycofanie z terytorium Ukrainy zgromadzonego tam sprzętu wojskowego i personelu militarnego. Wzywamy stronę rosyjską do zapewnienia pełnej swobody działań Specjalnej Misji Monitorującej OBWE, w tym jej dostępu do niekontrolowanego przez Kijów odcinka granicy ukraińsko-rosyjskiej. Zaangażowanie społeczności międzynarodowej pozostaje kluczowym elementem działań na rzecz jego ostatecznego rozwiązania.

Zwracamy uwagę, że napięta sytuacja utrzymuje się także w innych miejscach na „linii rozgraniczenia” między siłami ukraińskimi i kontrolowanymi przez Rosję. Tylko trwałe rozwiązanie konfliktu oparte na zasadach prawa międzynarodowego, w tym poszanowania suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy, może zagwarantować, że konflikt nie będzie pochłaniać kolejnych ofiar. Od początku działań wojennych w 2014 roku, szacuje się, że działania zbrojne pochłonęły prawie 10 tysięcy ofiar, z czego połowę stanowili cywile. Ponad 2 mln Ukraińców zostało zmuszonych do porzucenia swoich domów i wyjazdu z okupowanej części kraju.

To pierwszy raz kiedy nasz MSZ zwrócił uwagę na przestrzeganie porozumień mińskich nie tylko przez separatystów, ale także przez Ukraińskie Wojska, zamiast dotychczasowego ignorowania naruszania rozejmu przez nie. Ale oczywiście nadal polski MSZ popiera dalszą pacyfikacje obywateli Ukrainy przez Ukraińskie Siły Zbrojne, roniąc przy tym krokodyle łzy.

Wojna już trwa! Obiektem ataku nie jest Ukraina. Obiektem jest cała Europa

Najpierw wojna hybrydowa tworzy alternatywną rzeczywistość, nie nowe granice, ale alternatywny obraz. Formalnie wojny nie ma i nie ma agresji. Są konflikty wewnętrzne, walka polityczna, zarządzanie kryzysowe oraz przypadki zbrojnej konfrontacji. Agresji i agresora nie ma, są obawiający się sąsiedzi, swoboda słowa, sumienia i próby dostosowania zasad do aktualnej sytuacji przez biurokrację. Biurokracja na ogół stara się wydostać z sytuacji nietypowych za pomocą standardowych metod bez nowych rozwiązań. Jest zbyt konserwatywna i nieświadomie staje się sprzymierzeńcem kreatywnego agresora posługującego się nowymi narzędziami.

Wojna na Ukrainie nie jest tylko wojną Ukrainy, jest wojną, w której Ukraina dzielnie broni się przed agresją Rosji. To wojna światła i ciemności, dobra i zła, kultury i jej braku, cywilizowanego świata i „ruskiego miru”, dyktatury Putlera i kraju walczącego o swoją wolność. Ale bez wątpienia jest to wojna. WOJNA, której ja nie chcę ani na Ukrainie, ani tym bardziej w Polsce. Ale nie mogę chować głowy w piasek i udawać, że jej nie ma, jak to robi większość europejskich polityków. Niestety, jest. Ta wojna zburzyła całe moje życie i życie mojej rodziny, mnóstwa moich znajomych, przyjaciół; zabrała życie tysięcy niewinnych osób w różnym wieku, żołnierzy, 18-letnich młodych ludzi, którzy po szkole zdecydowali się bronić ojczyzny, i dziadków, którzy mogliby spokojnie wychowywać wnuki. Codziennie zabiera ich dusze do nieba.

A co zrobiliśmy, by jej nigdy nie było na polskiej ziemi? Z referatem na ten temat wystąpiłem na Forum Ekonomicznym w Krynicy. Od razu wyjaśnienie – ten tekst nie był przeznaczony dla Ukrainy, bo tu i beze mnie wszyscy rozumieją sytuację, a tym bardziej nie dla Rosji, bo tracić na nich czasu nie chcę i nie widzę sensu. Po prostu w pewnym momencie po rozmowach na Forum stało się dla mnie jasne, że Europa jest zmęczona naszymi smutnymi opowieściami o agresji, prośbami o pomoc. Są zmęczeni.

To smutne, ale to fakt. Oni nie są zainteresowani słuchaniem o naszych kłopotach. Aby wzbudzić zainteresowanie poważnych rozmówców z Polski i innych krajów, są tylko dwie możliwości: albo należy im zaproponować zarobić miliony dolarów, albo przestraszyć. Milionów nie mam, więc w ciągu nocy dopracowałem wcześniej przygotowany tekst i wyszedłem z nim do publiczności. Moim zdaniem, udało się. Pojawiły się propozycje, aby powtórzyć go w innych miejscach, a polski profesor wziął go, by zaprezentować swoim studentom. Poniżej zamieszczam ów tekst i poddaję pod osąd opinii publicznej.

Wschodnia granica Aliansu. Wojna hybrydowa zmienia zwykłe zasady bezpieczeństwa
W samym tytule mojego wystąpienia założona została kontrowersja. Na pierwszy rzut oka wszystko jest logiczne. Chodzi o wschodnią granicę Aliansu, czyli Unii Europejskiej i demokratycznego świata. Oraz o wojnę między Ukrainą a Rosją. Która was, Europejczyków, nie dotyczy. Wojna jest daleko. Bardzo daleko. W telewizorze. I zawsze można telewizor wyłączyć. W jednym programie telewizyjnym mówi się, że ta wojna nie jest taka agresywna, a czasami, że jest to wojna domowa. Poważni przedstawiciele instytucji ponadnarodowych wyrażają kolejny już raz głębokie zaniepokojenie, po czym problem znika i prowadzący przechodzi do nadawania wiadomości ze świata sportu i mody.

Nie okłamujcie samych siebie! Agresja Rosji na Ukrainie to jest też wasza wojna. Z odroczeniem. Nie z różnymi scenariuszami, ale po prostu z odroczeniem. W przypadku porażki Ukrainy ta wojna przyjdzie do was. Hybrydowa. Z realnymi ofiarami. Warszawa i Kraków to nie Donieck i Ługańsk. Dziś nie. A jutro? Wy nawet nie możecie sobie wyobrazić, jak łatwo to się robi.

Na początku media kreują alternatywny obraz, jak w waszym kraju są uciskani, na przykład, mieszkańcy rosyjskojęzyczni. Albo prawosławni, to nie ma znaczenia. Dalej nieśmiałe protesty, żądania przyznania dodatkowych uprawnień, specjalnych praw i w finale – prowokacja z ofiarami. Koniec, kropka, zapraszamy do klubu. Nawet nie zauważyliście, jak i kiedy wojna hybrydowa weszła do waszego domu. Przecież wszystkie aktualności na temat sportu i mody były ciągle nadawane, a nic nie wróżyło kłopotów! Proszę mi powiedzieć, w którym z krajów Europy Wschodniej nie ma dziś żadnych prorosyjskich grup, które Kreml może wykorzystać? Gdzie nie ma rosyjskich mediów, rosyjskiego biznesu, kanałów, przez które pompowane są pieniądze i inne instrumenty wpływu?

Wojna hybrydowa zmienia zwykłe zasady. Ale głównym celem nie jest zmiana reguł wojny hybrydowej, ale zmiana granicy. I niekoniecznie na mapie, nie. Po prostu formalna granica traci znaczenie i państwo zaczynają kontrolować nie jego władze, lecz siły zewnętrzne. Pośrednio, nawet bez walki zbrojnej. Bezpośrednio zaś w wyniku zorganizowanych burd z następującą po nich nieformalną okupacją.

To bardzo ważny punkt. Najpierw wojna hybrydowa tworzy alternatywną rzeczywistość, nie nowe granice, ale alternatywny obraz. Formalnie wojny nie ma i nie ma agresji. Są konflikty wewnętrzne, walka polityczna, zarządzanie kryzysowe oraz przypadki zbrojnej konfrontacji. Agresji i agresora nie ma, są obawiający się sąsiedzi, swoboda słowa, sumienia i próby dostosowania zasad do aktualnej sytuacji przez biurokrację. Biurokracja na ogół stara się wydostać z sytuacji nietypowych za pomocą standardowych metod bez nowych rozwiązań. Jest zbyt konserwatywna i nieświadomie staje się sprzymierzeńcem kreatywnego agresora posługującego się nowymi narzędziami.

Nie chcę wam opowiadać o ukraińskich problemach – one was nie obchodzą. Opowiem, w jaki sposób i kiedy te problemy mogą stać się waszymi. Te problemy, przed którymi Ukraina na razie was chroni, chroni też wasze interesy i wasze zyski. Dopóki Kreml bije głową w mur ukraińskiej obrony, u was wszystko będzie w porządku. Pokój, biznes, wartości europejskie. Ale jeśli Ukraina nie wytrzyma? Wtedy to już będzie wasz problem. Przede wszystkim w postaci milionów imigrantów z Ukrainy, którzy zburzą granice, uciekając wraz z rodzinami przed wojną. W ciągu jednego dnia, może dwóch do Europy może przybyć piętnaście-dwadzieścia milionów Ukraińców prywatnymi samochodami lub pieszo. Ogrodzenia nie pomogą, jeśli ludzie uciekają przed wojną. A to znaczy, że wojna hybrydowa przeciwko waszym krajom już się toczy.

A potem nad granicę przyjdzie agresor. Najpierw z wojną hybrydową, a następnie z prawdziwą. Ja nie proszę o wsparcie Ukrainy z litości. Przemawiam do waszego instynktu przetrwania i do waszego rozsądku. Nie chcecie zobaczyć rosyjskich czołgów na granicy? Pomóżcie nam je zatrzymać. Innej opcji nie ma. Nie wystarczy dać złodziejowi dziesięć złotych, on zechce cały twój portfel i kurtkę, i buty, i pierścień. Nie można oddać agresorowi Ukrainy lub jej części, bo wtedy on będzie iść dalej.

Głównymi filarami, na których wspiera się wojna hybrydowa, są: obecność agresora, zamrożone lub potencjalne konflikty na terytorium danego państwa, ofiary aktywnej rekrutacji przez agresora agentów wpływu oraz obojętność biurokracji. Takich przykładów nie trzeba daleko szukać, są bardzo blisko. Teraz możemy obserwować przesunięcie granic demokratycznego i cywilizowanego świata ze wschodniej granicy Ukrainy na zachód.

Nie będę zagłębiać się w teorię. Tylko konkrety. Mamy bardzo jasny i na dużą skalę przykład prowadzenia wojny hybrydowej w dzisiejszej Europie, który dotyczy nie tylko Ukrainy, ale całej Unii Europejskiej. To jej granice są dziś przesuwane. Nawet jeśli formalnie nie są one naruszone przez bezpośrednią inwazję, to w wojnę hybrydową już są wciągnięte prawie wszystkie kraje UE.

Wojnę hybrydową w tej chwili prowadzi Rosja. To jest fakt i trzeba mówić o nim wprost, bez cienia aluzji. Teraz bardziej szczegółowo: przeciwko komu skierowane jest zagrożenie. Rosja prowadzi wojnę hybrydową nie przeciwko Ukrainie, ale przeciwko Unii Europejskiej i Stanom Zjednoczonym! To znaczy, przeciwko całemu demokratycznemu światu. Naprawdę jest to konflikt światopoglądów, konflikt scenariuszy rozwoju społeczeństwa. Rosja przegrała w rywalizacji gospodarczej. Pozostały jej inne metody do zastosowania: przekupstwo, szantaż, terroryzm, manipulacje, rozpalanie konfliktów wewnętrznych, tworzenie w krajach UE lojalnych grup z miejscowej ludności rosyjskiej i imigrantów. Różnice religijne, etniczne, statusu społecznego to podatny grunt dla spekulacji, rekrutacji i podsycania konfliktów. To właśnie nazywane jest dzisiaj wojną hybrydową. Po wojnie hybrydowej zawsze przychodzą rosyjskie czołgi. Jeżeli Kreml nie rozbije sobie głowy o mur obrony w mojej ojczyźnie, Ukrainie, czekajcie na jego wizytę u siebie. On nie może się zatrzymać tylko dlatego, że po spadku cen ropy naftowej nie może się normalnie rozwijać i konkurować. To jest możliwe jedynie za pomocą agresji.

Podkreślam szczególnie tę sprawę, ponieważ najważniejsze pytanie brzmi: kogo dotyczy wojna hybrydowa? Oczywiście, w pierwszej kolejności Ukrainy, ale także Estonii, Łotwy, Litwy, Polski… Dotyczy wszystkich. Nawet na wybory amerykańskie rosyjskie służby specjalne próbują wpływać. Wydawałoby się, jak to możliwe, że wybory w supermocarstwie za oceanem dotyczą ciągle podrywającej się z kolan Rosji? Ale we współczesnym świecie, powiązanym tysiącami nici, nie sposób tego uniknąć – wojna hybrydowa dotyczy wszystkich. I zamachy terrorystyczne, cyberataki, szantaż są zagrożeniem dla wszystkich. Dla wszystkich państw i organizacji międzynarodowych.

Logika agresora w tym przypadku jest podyktowana dążeniem do życia „nie gorzej niż w innych krajach”. Żeby w oczach własnych obywateli i potencjalnych sojuszników wyglądać atrakcyjnie. Ale by to osiągnąć, agresor nie zamierza reformować własnej gospodarki, budować instytucji demokratycznych, niezależnych mediów i innych niezbędnych instrumentów. Agresor dokłada wszelkich starań, aby innych ściągnąć do własnego poziomu lub poniżej. Albo zmusić do dzielenia się dobrami materialnymi w postaci pomocy donatorów, kredytów lub tworzenia preferencyjnych warunków na rynku światowym. W zamian za, na przykład, zaprzestanie ataków terrorystycznych albo wspierania wszelkiego rodzaju partii radykalnych w kraju, który stał się przedmiotem agresji hybrydowej. I wtedy może w porównaniu z innymi państwami wypaść korzystniej.

Cele wojny hybrydowej
Celem tej wojny jest stworzenie strefy niestabilności i zagrożenia na taką skalę, żeby Zachód zgodził się na negocjacje i ustępstwa. Na olbrzymie koncesje. Takie na przykład, jak uznanie prawa Rosji do dyktowania zasad życia w krajach, które Kreml uważa za swoją strefę wpływów. W praktyce oznacza to umożliwienie Rosji odebrania kilku krajom niezależności. Następnym ustępstwem może być dopuszczenie Rosji do stołu negocjacyjnego w sprawie wszystkich ważnych kwestii globalnych na prawach równego lub najlepiej starszego partnera. I, oczywiście, wsparcie finansowe w formie pożyczek i innych narzędzi pomocy przy spadających cenach ropy naftowej i gazu. W zamian Rosja obieca ograniczyć swoją kontrolę nad terytorium, które ustąpi Zachodowi, i nie iść dalej. W rzeczywistości wojna hybrydowa się nie skończy. Kreml może złagodzić presję na partnerów w negocjacjach, ale rąk od gardła nie odejmie. W przeciwnym przypadku nie będzie mieć gwarancji zachowania status quo i nie będzie miał szansy z powodzeniem kontynuować swoich działań w sprzyjających warunkach.

Doświadczenie w takich operacjach ma ogromne jeszcze z czasów ZSRS. Ale teraz Federacja Rosyjska przechodzi od doraźnych operacji do długoterminowych projektów, połączonych w jeden scenariusz. Łatwo zrozumieją to również ci, którzy pamiętają czasy konfrontacji ZSRS z krajami cywilizowanymi, nie ma tutaj zasadniczej różnicy.

W sytuacji zdrowej konkurencji dyktatura, która opiera się na gospodarce surowcowej, w zderzeniu z krajami o gospodarce rynkowej i demokratycznej formie rządów jest skazana na klęskę. Sprawdzono to na licznych przykładach. Kompromisowe rozwiązanie tu nie istnieje. Nie można zbudować gospodarki rynkowej, kiedy nie ma wolnych wyborów, niezawisłego sądownictwa i niezależnych mediów. Wybierając dyktaturę, Rosja automatycznie przegrywa konkurencję ekonomiczną. Dlatego jeśli chce ją zachować, wojna, w jakiejkolwiek formie, jest nieodwołalna. Ale prowadzić konwencjonalne działania zbrojne przy takiej różnicy w potencjale gospodarczym oznacza oczywistą klęskę. A więc wojna hybrydowa. Wojna podła, nikczemna i zdradziecka. Groźby i przekupstwo, manipulowanie informacjami, kłamstwo to nic nowego dla rosyjskich służb specjalnych. Skoncentrujmy się dokładniej na metodach.

Metody wojny
Dzielą się jedynie w teorii, w praktyce zawsze występują łącznie. Nie ma sensu organizować pikiet i zabijać skrycie aktywnego działacza, jeśli ten obrazek nie będzie później nagłośniony w mediach. W ten sposób propaganda staje się domeną agentów bezpośrednich. Działają na rzecz zburzenia spokoju i nasilania istniejących konfliktów w społeczeństwie.

1. Propaganda. Destabilizowanie sytuacji poprzez wykorzystanie wszystkich rodzajów mediów i komunikacji. Budowanie obrazu rzeczywistości alternatywnej, gdzie bandytów, prowokatorów i agentów przedstawia się jako ludność cywilną oczekującą sprawiedliwości. Organy ścigania przedstawia się jako katów. Na miejscu cały fałsz tego obrazu jest oczywisty, ale nie chodzi o miejscowych, tylko o widza zewnętrznego. Przedstawianie agresji zbrojnej jako walki wyzwoleńczej ludności cywilnej to metoda, którą posługiwano się jeszcze za czasów KGB.

2. Wywoływanie wewnętrznych konfliktów w danym kraju przy pomocy agentów wpływu. Można również wywoływać konflikt między państwem, które stało się obiektem agresji, a jego sąsiadami. To umożliwi później podjęcie działań zbrojnych przy mniejszym oporze oraz pod szyldem misji pokojowej.

3. Terror. Wsparcie istniejących organizacji radykalnych lub stworzenie ich od podstaw. Właśnie one powinny rozlewać krew i tworzyć atmosferę niepokoju, zamętu, osłabiać kontrolę władz. Terror można stosować w odniesieniu do całego społeczeństwa albo określonej grupy społecznej, religijnej czy narodowej, by potem w działaniach propagandowych odwołać się do tych faktów. I w ten sposób zbudować poważny konflikt w kraju, który stał się ofiarą agresji.

Celem terroru jest zastraszenie. Aby w zamian za zaprzestanie ataków terrorystycznych zmusić do zaakceptowania narzuconych warunków. Przy czym agresor i terroryści nie są formalnie związani.

4. Presja ekonomiczna. To narzędzie pozwala doprowadzić do tego, by obywatele byli coraz biedniejsi, by wzrastała niepewność jutra, trwoga o byt, o pracę, a tym samym nasilało by się napięcie społeczne. Później wystarczy wyjaśnić, że wszystkiemu winien jest nie agresor, ale rząd. Albo odwrotnie. Można komuś nadać jakieś przywileje, udzielić tanich kredytów, udostępnić surowce po niskich cenach. I agenci są gotowi do protestu.

5. Naciski polityczne i międzynarodowa izolacja. Tworzy się negatywny, a nawet toksyczny wizerunek władz państwowych – obiektu ataku, w wyniku czego stają się one międzynarodowym pariasem. Przykładem może być skandal, jaki wybuchł po zabójstwie ukraińskiego dziennikarza Georgija Gongadze, o które oskarżono władze Ukrainy i bezpośrednio prezydenta Leonida Kuczmę. Po surowej reakcji Zachodu nie miał on praktycznie dużego wyboru, mógł albo orientować się na Kreml, albo pozostać w absolutnej izolacji. Agresor bardzo lubi zostawać jedynym przyjacielem swojej ofiary. Bo to nie tylko ułatwia wprowadzanie agentów na wszystkie poziomy, ale również pozostawia ofiarę bez sojuszników.

6. Poszukiwanie i tworzenie lojalnych grup. Głównym narzędziem nowoczesnej wojny hybrydowej jest budowanie poparcia dla agresora w kraju wybranym na ofiarę. To znaczy najważniejszym zadaniem jest poszukiwanie i tworzenie lojalnych grup. Zwykle są to wspólnoty narodowe, religijne, terytorialne lub polityczne, które z jakiegoś powodu mogą być skłócone z resztą społeczeństwa. Finansuje się je i ustawia w opozycji do reszty społeczeństwa za pomocą propagandy i prowokacji. Tworzenie wrogo nastawionej do własnego kraju, ale lojalnej wobec agresora grupy od podstaw jest długie i kosztowne, dlatego zwykle korzysta się z tlących lub zamrożonych konfliktów.

Najchętniej wykorzystywane są konflikty o charakterze narodowym lub religijnym – mogą być utrzymywane przez długi czas małym kosztem. I łatwiej jest na ich podstawie tworzyć propagandę. Kluczowym wyzwaniem w budowaniu takich konfliktów jest stworzenie sytuacji, w której poleje się krew kogoś z lojalnej grupy, a winne będą inne grupy lub władze państwowe. Konflikt, który jest podsycany krwią ofiar przy odpowiednim wsparciu informacyjnym może bezpośrednio doprowadzić do pożaru, a przynajmniej przez długi czas się tlić.

Jednocześnie agresor musi ciągle maskować swoje działania, musi prezentować je jako walkę o pokój i rozwiązywanie konfliktów. Nawet jeśli to on ten konflikt wywołał. Obecność w tym narzędzi propagandy – sterowanych mediów, sterowanych liderów opinii – staje się ważnym czynnikiem. Cały świat powinien zobaczyć nie agresję, tylko konflikt wewnętrzny i pragnienie pomocy w rozwiązaniu go w sposób pokojowy.

Zasoby agresora
Aby prowadzić wojnę hybrydową, obecność zaawansowanej technologicznie armii, w przeciwieństwie do tradycyjnych operacji wojskowych, nie jest priorytetem. Oczywiście, wojsko jest potrzebne jako czynnik nacisku. Jednak kluczowe zadania wykonują wywiad, dywersanci, zwerbowani agenci wpływu oraz kontrolowane przez agresora media.

Tak więc głównymi zasobami do prowadzenia wojny hybrydowej są pieniądze, które pozwalają na promowanie stanowiska agresora w mediach i wśród liderów opinii. Za pomocą pieniędzy, prowokacji agentów oraz odpowiednich przekazów medialnych można uzyskać poparcie wielu polityków, którzy bez pomocy agresora nie mieliby szans na poważną reprezentację we władzach.

Sposoby obrony
Idealnym sposobem obrony przed wojną hybrydową jest brak słabych miejsc, słabych ogniw. Wewnętrzne sprzeczności, antagonizmy etniczne i religijne, tlące się konflikty lub pamiętanie o nich, politycy, którzy chcą zbijać kapitał na tematach dzielących społeczeństwo – to są podstawowe zagrożenia. Słabe miejsca, słabe ogniwa, z których aktywnie będzie korzystać agresor, by zaostrzyć sytuację i ewentualnie rozpalić konflikt. Właśnie takie warunki są najwygodniejsze do rekrutacji zwolenników, agentów, tworzenia grup aktywnych w protestach ulicznych lub wykonawców ataków terrorystycznych. W ten sposób kraje, które mogą być lub już są obiektami agresji hybrydowej (a nie jest tajemnicą, że agenci Kremla są prawie w całej Europie), są zainteresowane przede wszystkim w tym, żeby trudne problemy wewnętrzne rozwiązać samodzielnie.

Obroną przed wojną hybrydową może być mur: dyplomatyczny, przygraniczny, finansowy, medialny i światopoglądowy. Agresor, nawet hipotetycznie, powinien być pozbawiony najmniejszych szans na finansowanie partii politycznych, organizacji społecznych, mediów w danym kraju. Wszelkie najmniejsze szczeliny, przez które mogą przecisnąć się pieniądze agresora i jego propaganda, są zagrożeniem.

Jedynym systemem obrony jest wzajemna pomoc. Agresor musi zrozumieć, że wspólna reakcja państw Aliansu i UE będzie surowa i szybka. Alians państw demokratycznych powinien działać synchronicznie i wciąż podnosić cenę ewentualnej agresji do poziomu, w którym agresja straci wszelki sens. Aby wszystkie uzyskane przez agresora korzyści były zbyt małe w stosunku do strat finansowych i politycznych. Wojna hybrydowa musi być szalenie drogą przyjemnością, która automatycznie z założenia przynosi tylko straty i izolację. Musi być skrajnie kosztowną przyjemnością dla państwa agresora oraz wyrokiem i karą dla reżimu politycznego.

W chwili obecnej Unia Europejska i Stany Zjednoczone po prostu przechodzą próbę testową, gdy niemal na ich granicach wojna hybrydowa przeszła wszystkie etapy przygotowania i zmieniła się w płonący konflikt z udziałem armii agresora wspartej na lokalnych agentach wpływu. To właśnie na tym przykładzie można poznać historię wojny hybrydowej, jej metody i rozwój. I ten konflikt daje możliwość Aliansowi i UE za pomocą Ukrainy na długi czas zniechęcić agresora do prowadzenia jakiejkolwiek wojny. Za żadną cenę.

Podstawowym warunkiem realizacji tych działań jest jednolita, twarda postawa i prawdziwe rozumienie skali zagrożenia. Przypomnę od czego zacząłem: obiektem ataku nie jest Ukraina, ona po prostu jest pierwsza na liście. Obiektem jest cała Europa. Aby się o tym przekonać, wystarczy spojrzeć, jakie siły i środki Kreml inwestuje w swoich zwolenników w różnych krajach. To nie są działania dobroczynne, charytatywne – to inwestycja. Jeśli wspólnie nie powstrzymamy agresję Kremla na Ukrainie, to już bez nas będziecie bronić się przed nim w Polsce, na Litwie – wszędzie, z milionami imigrantów na własnym podwórku i z wrogiem u granic.

Jagiellonia.org / Kyrył Sazonow / tłum. Andrzej Iwaszko

Tekst ukazał się w „Kurierze Galicyjskim” nr 20 (264) 28 października – 14 listopada 2016

Źródło : http://kresy24.pl/wojna-juz-trwa-obiektem-ataku-nie-jest-ukraina-obiektem-jest-cala-europa/

Nie zgadzam się z autorem, jest z jednej strony wojna o Ukrainę; między FR, UE i NATO czyli de facto trzema stronami, oraz równoległa wojna domowa na Ukrainie, w której „Ukraina dzielnie integruje z linią obecnych post-majdanowych władz przy użyciu swoich sił zbrojnych swoich zbuntowanych obywateli”. Trzeba do tego zapewne niemało odwagi i dzielności.

Celem „HYBRYDOWEJ WOJNY” jest zmiana umysłów ludzkich, zdobycie wpływów. Jeśli strona uznawana za „naszą” pragnie rozszerzyć wpływy to to nie jest „HYBRYDOWA WOJNA”, „HYBRYDOWA WOJNA” ma miejsce jedynie wtedy gdy to nasi przeciwnicy próbują wpływy rozszerzyć lub zachować. O tak wtedy to zdecydowanie jest „HYBRYDOWA WOJNA”. Warunkiem jej zaistnienia są podwójne standardy, stosowane przez stronę uznaną za „NASZĄ”, w polityce wewnętrznej lub międzynarodowej.

Autor próbuje nam wmówić że jeśli „proeuropejskie” i „prodemokratyczne” władze chcą kogoś „zintegrować pokojowo czyli militarnie” to widocznie wiedzą lepiej, a obywatel ma obowiązek dać się „zintegrować” nawet za cenę życia, bo tak jest „proeuropejsko” i „prodemokratycznie”.

„Wojnę hybrydową” prowadzi nie tylko Rosja przeciw UE i USA ale także USA przeciw Rosji, Chinom i innym prawdziwym i wyimaginowanym wrogom, którzy złośliwie nie chcą działać w imię interesów USA, na własną szkodę. Do pewnego stopnie chęć rozszerzenia wpływów przez UE czy Chiny, wszelkimi dostępnymi metodami, może z wyjątkiem otwartej wojny, też może być tak odbierana.

U nas jeśli już do „wojny hybrydowej”, która straszy nas autor dojdzie będzie ona wojną pomiędzy „proeuropejskimi” Polakami i Ukraińcami zza południowo-wschodniej granicy, którzy przyjechali do nas w gości, uciekając przed swoja „wojną hybrydową” a resztą która się będzie czuła miejscowymi.

Gdyby działanie ukraińskich postmajdanowych władz na wschodzie Ukrainy były spójne z działaniami w centralnej i zachodniej Ukrainie, konflikt nie przerodził by się w wojnę domową.

Taka sama „WOJNA HYBRYDOWA” mam miejsce na Bliskim Wschodzie gdzie raz złymi, raz dobrymi są Izraelczycy, Palestyńczycy, Turcy, Kurdowie, szyici czy sunnici; na Kaukazie Ormianie, Azerowie, Gruzini, Czeczeńcy cz Abchazowie. Ci którzy działają wbrew aktualnej „naszej woli” „Panów Tego Świata” są jednoznacznie źli. Natłok informacji, zaś powoduje chaos informacyjny, zaciemniający obraz Świata.

Tak samo jak 20 lat temu na Bałkanach Europa i USA prowadziły „wojnę hybrydową” przeciw Serbom, najwyraźniej uznawanych wówczas za podludzi, tak samo obecnie jest prowadzona analogiczna „wojna hybrydowa” przeciwko Rosjanom – rolę podludzi w mediach odgrywają „watnicy” i inni Rosjanie. Wówczas o całe zło oskarżało się Serbię i Serbów; obecnie Rosję i Rosjan.

A przecież większość jest świadoma, że jedynym skutkiem takiej polityki jest organiczna wrogość Serbów do NATO (podczas gdy Europy jako takiej już niekoniecznie) i USA ze względu na ich „przewodnia rolę” w NATO i w konsekwencji współpraca Serbii z Rosją.

Nie widzę sensu w robieniu sobie wrogów, byle się tylko przypodobać zaoceanicznemu „sojusznikowi”. Nie widzę sensu w podgrzewaniu wrogości do Rosjan i Rosji, zwłaszcza w sytuacji „zagrożenia ze strony Rosji”, którym nas władze straszą. Zatem, albo poziom zagrożenia jest przez władze znacznie podkolorowany, albo rządzą nami szczególnie popisowi kretyni, o skłonnościach samobójczych.

SyøTroll

Jak Ukraińcy traktują Polaków?

„Ignorując dobrosąsiedzkie stosunki”

Polska jest strategicznym partnerem Ukrainy i na poziomie międzynarodowym pomaga naszej krainie, osobliwie w czasie agresji rosyjskiej.

Dużo udanych projektów realizowanych jest z inicjatywy obu państw. I to dobrze, bo na wschodniego sąsiada liczyć nie można. To jest niekierowane państwo, jak i jego kierownik.

Szkoda, ale w Polsce pod wpływem Kremla i agresji Rosji na Ukrainie, antyukraińskie siły, jak prawe tak i lewe, które teraz występują jednym frontem przeciwko Ukrainie, tego nie rozumieją. Do nich dołączyły kresowe i polityczne środowiska, które też są zaczarowane Kremlem. Z ust ich przedstawicieli padają hasła osądzające działania wojskowe na Wołyniu, postulaty zwrotu Galicji, a najbardziej Lwowa na łono RP, nawoływania do deportacji ukraińskich robotników, zachęta do organizowania napadów na nich i prowokacji, poniżana jest godność narodowa Ukraińców. Często hasła Kresowian (w oryginale pisane małą literą) są identyczne z hasłami rosyjskich faszystów i szowinistów. Niestety, niektórzy działacze polityczni w celu populizmu, dołączają swój głos do antyukraińskich sił. W ciągu ostatnich lat uaktywniły się nieprzemyślane przez polską stronę działania, tzw. restytucja i nasilenie się ofensywy propagandowej pod hasłem otrzymania Karty Polaka. Wszystkie te wielowektorowe kierunki działania antyukraińskich sił nie przyczyniają się do wzmocnienia zaufania między Ukraińcami i Polakami w warunkach agresji rosyjskiej i problemów z migrantami.

Polscy szowiniści nawołują aby nie wpuszczać Ukraińców na terytorium RP, zabronić im przyjeżdżać na zarobek. Sami Polacy dlaczegoś zapomnieli, jak w latach 80. masowo przyjeżdżali na Ukrainę i wywozili wszystko, co wpadło w rękę. Ukraińcom czynili przeszkody podczas wjazdu do wielkich europejskich krain i przegrali całkowicie. Obecnie atakują ich miliony emigrantów – muzułmanów i mieszkańcy Czarnego Kontynentu. Polski rząd to rozumie. Ale nie rozumieją szowiniści i Kresowianie.

Oprócz kresowych organizacji na antyukraińskie pozycje stanęła partia Zmiana, Falanga, Zadruga, Obóz Wielkiej Polski, Ruch Narodowy. Do nich śmiało można zaliczyć Restytucję Kresów, która oficjalnie oświadczyła, że przygotowuje wnioski sądowe dotyczące zwrotu mienia Polakom drogą sądową i już mają 600 gotowych do podania teczek z dokumentami. Ale czemuś „obiektywni” szowiniści nie proponują zwrotu mienia Ukraińcom na ziemi zakierzońskiej, którą otrzymali z rąk Stalina i nie mają pretensji do Rosji, która jest prawonastępcą ZSRR, bo przecież Ukraina nie ma nic do konfiskacji ich mienia, a tylko bolszewicy na czele ze Stalinem.

Mamy przykłady i innych nieadekwatnych czynów nieprzyjaciół Ukrainy. „Wrocławska Gazeta” napisała o pobiciu 34-letniego Ukraińca w Świdnicy. A 13 kwietnia 2016 r. w Brzeszczu w województwie małopolskim nieznani sprawcy pobili Ukraińca w sklepie. Przewodniczący Związku Ukraińców w Polsce Piotr Tyma nazwał prowokacją niszczenie pomników ku czci UPA w Mołodyczu w województwie podkarpackim. I racja. Niszczenie pomnika jest fotografowane i ten akt wandalizmu od razu trafia na stronę «Novorossia Nev`s Agency». Informację podpisał jakiś Dawid Hudziec. O napadzie polskich neonazistów w Kutnie już pisaliśmy.

Ostatnio na terytorium RP zniszczono bądź uszkodzono 7 pomników ku czci ukraińskich żołnierzy. Sekretarz ROPWiM Andrzej Kunert powiedział, że jego organizacja odnowi uszkodzone pomniki. I tym razem prowokacja polskich i prorosyjskich szowinistów się nie powiodła. Ukraińcy okazali się mądrzejsi i nie zastosowali prawa „oko za oko, ząb za ząb”, chociaż cierpliwości nie wolno lekceważyć.”

I co szanowni czytelnicy powiedzą? Tylko proszę bez przekleństw! Toć nasz partner strategiczny. Toć nasi bracia. To Ukrainie będziemy pomagać i udzielać coraz to nowych pożyczek. Tfu! Szlag może człowieka trafić na równym miejscu. Tak po prostu przy odpaleniu komputera i wejściu do internetu. A nasz rząd wciąż wspiera Ukraińców! Zacytowany wyżej tekst pokazuje, na ile są nam przyjaźni. To jest właśnie odzwierciedlenie wszystkich ich uczuć do Polaków.

Te udane wspólne projekty dwóch państw, o których mowa na początku, są finansowane naszym kosztem, bo finansuje je Polska. Czyli my, obywatele, ciężko harujemy i odprowadzamy podatki po to, aby wyrzucono je w błoto. Lub jeszcze gorzej. Wspierajmy wrogów, aby byli mocniejsi.

Jak można tak pisać i co więcej – tak traktować polskie organizacje patriotyczne i kresowe? Jak język się odwraca i ręka podnosi do pisania? Chociaż czemu pytam? Znając to towarzystwo można domyślać się do czego jest zdolne. Polski patriota, a tym bardziej Kresowianin, nigdy nie będzie dla Ukraińca przyjacielem. Polacy to dla nich szowiniści i naziści. A Bandera jak słońce otacza ciepłem Ukrainę. To jest nienormalne! To chore! Zdrowy na umyśle człowiek nie może tak czynić. Nie mówiąc już o honorowym. Choć z drugiej strony, dla naszych „braci” gdzie kasa, tam honor.

Pomniki ku czci wyimaginowanych bohaterów? One od dawna nie powinne istnieć, a Polska powinna była od razu zlikwidować takiego typu dążenia. Jeśli Ukraińcy byli w posiadaniu mienia na tzw. zakierzońskiej ziemi, to niech przedstawią dokumenty. Mogą? Zapomnieli, że to oni zasiedlili nasze miasta i korzystają ze wszystkiego jak ze swego.

„Oko za oko, ząb za ząb”? Czy oni chcą aby Polacy zrobili to samo co oni Polakom? Mamy powtórzyć ich działania na Wołyniu, w Małopolsce Wschodniej i pójść do Merkel aby rozpocząć wojnę o odzyskanie swoich ziem? To oni wypierają się, że służyli przy Abwehrze i byli nazistami. Polacy nigdy by tak nie zrobili. Bo mają honor. Mają przede wszystkim duszę. Czy ktoś kiedyś widział polskiego żołnierza mordującego ukraińskie bądź niemieckie dziecko? Czy istniał kiedyś polski dowódca który siekierą rąbał kobiety? Czy ktoś zauważył, aby polski oficer wbijał na widły niemowlęta? A dokładnie to robili Ukraińcy. Dziś nazywani bohaterami Ukrainy.

Powtarzam – to jest choroba psychiczna. I jeśli tacy ludzie, jak cytowany wyżej nauczyciel, będą mówić w imieniu Ukrainy, to naród ten nigdy nie zostanie naszym przyjacielem. Powyższy wpis Ukraińca daje jasny obraz – ukraińscy nacjonaliści to wcale nie margines, ale wpływowa grupa, która wciąż Polskę postrzega jako wroga. I tak też kształtuje postrzeganie Polski na Ukrainie. Dowód? Wystarczy chociażby tablica umieszczona we Lwowie; poświęcona ofiarom reżimów niemieckiego, radzieckiego i POLSKIKEGO! Ale to już temat na kolejny artykuł.

Maria Pyż

Źródło : http://polmedia.pl/jak-ukraincy-traktuja-polakow/

Anatomia rusofobii

Polska ma ugruntowaną w świecie opinię kraju rusofobicznego, w którym zarówno emocje zwykłych ludzi, jak i debata polityczna na temat Rosji koncentrują się nie wokół narodowych interesów ale negatywnych emocji. W rzeczywistości jednak, większość Polaków nie wpisuje się w ten stereotyp a złą prasę robi nam głośna i wpływowa mniejszość.

Zarówno w stosunkach z samą Rosją, jak i w rozmowach o Rosji z partnerami z Zachodu, Polska jest często a priori posądzana o brak obiektywizmu i kierowanie się niezdrowymi emocjami zamiast racjonalnym rachunkiem zysków i strat. I rzeczywiście: wielu polskich polityków, naukowców, ekspertów i dziennikarzy przy każdej swojej wypowiedzi o Rosji emanuje złością, nienawiścią i złą wolą. Za każdym razem, kiedy pojawiają się w relacjach dwustronnych Rosji z Polską czy jakimkolwiek innym krajem kwestie sporne (a jest to w stosunkach międzynarodowych naturalne i nieuniknione), wmawiają oni społeczeństwu, iż stosunki z Rosją nie są i nie mogą być dobre — ich natura rzekomo odbiega od relacji z innymi krajami, i dlatego obowiązują w nich inne zasady, cele i kryteria.

Co gorsza, w rezultacie dominacji chorych z nienawiści rusofobów w polityce, mediach i ośrodkach analitycznych, paranoidalne wizje stają się rzeczywistością: wbrew narodowym interesom i naturalnym odruchom większości społeczeństwa, stosunki z Rosją rzeczywiście nigdy nie osiągnęły poziomu pozwalającego zrealizować ukryty we wzajemnym położeniu ogromny potencjał, a na tle kryzysu ukraińskiego stały się w sposób otwarty złe. Warto więc bliżej przyjrzeć się polskim rusofobom, którzy wbrew wszelkiemu rozsądkowi zdominowali zarówno publiczny dyskurs wobec Rosji, jak i politykę państwa wobec tego kluczowego dla pozycji Polski sąsiada. W skrócie, można podzielić ich na trzy grupy.

Pierwszą są rusofobi — wyznawcy. Ludzie ci absolutnie szczerze wierzą, iż tak jak szatan wciela się w indywidualnych ludzi i z ich pomocą realizuje swoje diabelskie plany, tak i Rosja stanowi instrument przy pomocy którego zły działa na Ziemi. Nienawiść do Rosji jest u nich pochodną fundamentalnego przekonania, iż likwidacja tego kraju jest częścią planu zbawienia świata, którego predestynowanymi przez historię i namaszczonymi z Niebios wykonawcami mają być Polacy: jak wiadomo, ze złem się nie dyskutuje — zło zwalcza się wszelkimi dostępnymi metodami. Dlatego właśnie wyznawcy twierdzą, iż polska polityka wschodnia powinna stać się krucjatą przeciw Rosji, której celem będzie zatknięcie biało —czerwonego sztandaru na murach Kremla i rozczłonkowanie tego kraju, w sposób, który nie pozwoli mu nigdy więcej stać się jednym terytorialnym, geopolitycznym i kulturowym organizmem. Bardzo często zdarza się spotykać ten typ podczas różnego rodzaju konferencji i seminariów a także na łamach polskich gazet. Charakterystyczne, iż wiara w szatańskie podłoże polityki Rosji i samego jej istnienia jest u nich odwrotnie proporcjonalna do znajomości tego kraju: najbardziej zacietrzewieni z nich nigdy nie byli w Rosji, nie znają ani jednego Rosjanina a swoją wiedzę o Wschodzie czerpią najprawdopodobniej z osobistych kontaktów z siłami nadprzyrodzonymi.

Drugą stanowią rusofobi — pasjonaci. Ci hobbyści stosunków międzynarodowych bardzo chcieliby sprawdzić się na szerokich wodach wielkiej dyplomacji, ale w związku z faktem, iż Polska — ze względu na mały potencjał i jeszcze gorsze jego zagospodarowanie — oferuje w tej kwestii niewielkie możliwości, stawiają na ekstremalny przerost formy nad treścią, licząc, iż wielkie gadanie zastąpi realne działania: z ich punktu widzenia jedyną szansą znalezienia się w wielkiej polityce dla Polski i dla nich osobiście jest wejście do niej kuchennymi drzwiami rusofobii. Ponieważ bowiem od lat, nikt Polaków z ich poronionymi pomysłami i karkołomną realizacją nie wpuszcza do światowej elity od frontu, pasjonaci postanowili, iż Polska stanie się światowym ekspertem od spraw rosyjskich: będzie diagnozować położenie spraw, wypracowywać „strategie” działania i stać na czele wcielenia ich w życie. Podczas wszelkiego rodzaju wystąpień, ku osłupieniu Rosjan i zażenowaniu partnerów z Zachodu, rusofobi — pasjonaci z natchnionymi minami twierdzą, iż znaleźli klucz do rosyjskiej zagadki i czas najwyższy dać im możliwość pomajstrować nim w zamku polskich, europejskich i światowych stosunków z Moskwą.

Trzecią zaś są rusofobi — zawodowcy. Osoby te publicznie wypowiadają się w tonie podobnym do dwu poprzednich grup, jednak prywatnie przyznają, iż jest to czysta retoryka a oni sami nawet przez chwilę nie wierzą w głoszone przez siebie antyrosyjskie tezy. Bicie w antyrosyjski bęben jest dla nich środkiem moralnego i materialnego awansu: zarabiania pieniędzy, obejmowania stanowisk, odbierania hołdów i stawania się moralnym autorytetem. Wbrew pozorom, zgodnie z którymi z tymi rusofobami z rozsądku, można byłoby się dogadać, są oni bardziej niebezpieczni niż dwie poprzednie grupy: ponieważ negatywny obraz Rosji jest dla nich podstawą istnienia w polityce, środowisku eksperckim czy dyskursie publicznym, zrobią oni wszystko co możliwe, aby tylko odpowiedni jego poziom utrzymywał się w społeczeństwie, pozwalając do walki z „rosyjskim zagrożeniem” angażować coraz więcej sił i środków umożliwiających im robienie kariery: tłuste granty, stanowiska i hołdy aż do emerytury. To właśnie ta grupa, działając w sposób całkowicie świadomy i absolutnie cyniczny doprowadziła do postawienia na głowie polskiej polityki zagranicznej, która w obecnym kształcie nie służy, jak w każdym normalnym państwie do poszukiwania przyjaciół i rozwiązywania konfliktów, ale na odwrót: do kreowania wrogów i zaostrzania nawet najbardziej błahych sytuacji. Polscy stratedzy wiedzą bowiem, iż Rosja nie zagraża naszemu bezpieczeństwu, jednakże zapewne trudno powstrzymać im się od mniej lub bardziej oficjalnej doli, którą oni i ich koledzy dostaną od wielomiliardowych kontraktów na uzbrojenie kupowane na potrzeby obrony przed rzekomym zagrożeniem ze Wschodu.

Absurdalna i trudna do wytłumaczenia dominacja rusofobów w polskiej debacie publicznej, dyplomacji, mediach i środowisku eksperckim nie jest więc fatalnym zbiegiem okoliczności czy rezultatem działania niepoddających się racjonalnej analizie sił: jest to efekt całkiem wymiernych interesów konkretnych ludzi, którzy na nasilaniu napięcia i prowokowaniu konfliktów robią kariery, zarabiają pieniądze i chodzą w nimbie znawców i autorytetów.

Trudno się dziwić, iż w tej sytuacji, zarówno sami Rosjanie, jak i cała reszta świata postrzega nas jak owładniętych historycznymi traumami, narodowymi kompleksami i absurdalnymi stereotypami paranoików, których w żadnym wypadku nie należy dopuszczać do jakichkolwiek istotnych kwestii w realnej polityce wobec Rosji. I kiedy kolejny polski prezydent będzie domagał się włączenia nas w rozmowy „normandzkie” czy proces formułowania priorytetów polityki wschodniej UE czy NATO, to warto aby najpierw sprawdził co o potencjalnych rosyjskich partnerach, którzy siedzieć będą po drugiej stronie stołu mówili i mówią jego doradcy, autorytety i eksperci.

Źródło : http://pl.sputniknews.com/opinie/20150706/630558.html
Jakub Korejba

„Kursk” – przygoda i horror

Polskie studio Jujubee w Katowicach ogłosiło rychłą emisję gry komputerowej „Kursk”. Na razie opublikowano tylko filmik reklamowy, ale rosyjski internet już zakipiał z oburzenia na zapowiedź polskiej gry o zatopionej łodzi podwodnej „Kursk”.
Natchnieni tą tragedią twórcy są przekonani, że ich projekt może dać odpowiedź na męczące pytania dotyczące zatopionego statku. Nowa gra komputerowa „Kursk” połączy w sobie elementy przygody i horroru. Emisja gry „Kursk” na PC została zaplanowana na koniec przyszłego roku.
Na razie opublikowano tylko filmik reklamowy, ale rosyjski internet już zakipiał z oburzenia. Wielu Rosjan jest oburzonych zapowiedzią polskiej gry o zatopionym okręcie podwodnym „Kursk”. Sądząc po komentarzach w internecie, reklamowe wideo zszokowało użytkowników sieci.

Jeden z nich pisze:

„To tragedia dla Rosji. Po co z tragedii robić grę? Może zaproponujcie zabawę „Wołyńskie przygody Polaków” i napiszcie, że podczas zabawy zostanie wyjaśniona historia Wołyńskiej Tragedii…”.

Nie tylko rosyjscy użytkownicy internetu źle wypowiadają się na temat tego pomysłu:

„Serca rodzin ofiar katastrofy zapewne jeszcze mocno krwawią. Żerowanie na cudzym nieszczęściu jest po prostu żałosne!” — pisze polski internauta Saturno.

Oczywiście, są pojedynczy użytkownicy internetu, których poziom rusofobii sięga takiej koncentracji, że całkowicie przesłania takie cechy cywilizowanego człowieka, jak moralność i zdolność do myślenia. Ale większość uważa, że twórcy projektu są pozbawieni rozumu albo po prostu chcą nieźle zarobić na „Kursku”.

„Typowy chwyt marketingowy na nieszczęściu. Podobne „tytuły” były wydawane niedługo po 9/11 w USA” — dodaje użytkownik DonPetch.

Autorzy gry, wybierając taki temat, mieli nadzieję, na to, że pojawi się polemika, która podniesie zainteresowanie grą i firmą, co w przyszłości przyniesie zwiększoną sprzedaż. Tym bardziej, że wcześniej firma Jujubee nie pracowała w segmencie tworzenia gier komputerowych.
Szef studia Jujubee Michał Stępień przyznał na konferencji prasowej, że historia „Kurska” do tej pory wywołuje wiele sporów. „Mamy nadzieję, że nasza gra podejmie te kwestie i jednocześnie da odpowiedź na niektóre z nich” — cytuje go „Gazeta Wyborcza”. Jednak pojawia się wątpliwość, na jakie niby pytania może odpowiedzieć ta gra?
Nieważne, co stoi za tym oświadczeniem, czy PR czy zwykła głupota, ale to oświadczenie i sam fakt, że powstał pomysł stworzenia takiej gry wywołał oburzenie Rosjan i zrozumienie dla tej reakacji wśród Polaków.
Sputnik Polska zwrócił się o komentarz do polskiego wiceadmirała na emeryturze Marka Toczka, który w pełni popiera opinię Rosjan:

„Całkowicie tutaj podzielam opinię Rosjan i też jestem zbulwersowany. To jest dokładnie tak samo, gdybyśmy dzisiaj zrobili podobną grę i umieścili tam załogę ORP Orzeł. Nie wiem, jak by to było przyjęte w Polsce, ale podejrzewam, że równie dramatycznie. Jest to po prostu płytkie, niskie i niegodne człowieka, tego autora, który wpadł na taki pomysł. Ubolewam, że tak się dzieje. Mam nadzieję, że w Polsce ta gra nie zyska zbyt wielu sympatyków, bo to jest po prostu ohydne”.

Inny rozmówca Sputnik Polska Jerzy Tyc, szef polskiego Stowarzyszenia „Kursk”, powiedział:

„Ja swoją pracę poświęcam między innymi żołnierzom, marynarzom, którzy tragicznie zakończyli życie na łodzi podwodnej Kursk. Dlatego jestem wysoce oburzony profanacją ich pamięci poprzez stworzenie takiej gry. Dla mnie to jest profanacja, a ponieważ jestem z Katowic, jak twórcy gry, postaram się osobiście udać do ich siedziby i uświadomić im, jaki wielki błąd robią.
Niedawno w Polsce mieliśmy takie zdarzenie. Pewna firma na Zachodzie wypuściła grę komputerową, gdzie Polskę nazwano państwem nazistowskim. Powstało wielkie oburzenie. Najwyższe władze polskie się wypowiedziały, w tym minister Spraw Zagranicznych i inni. Było dla nich oczywiste, i dla nas Polaków, że to jest skandaliczne. Jakimś dziwnym sposobem i dziwnymi obyczajami nie działa to w drugą stronę. Ja uważam, że polskie władze i inne grupy politycznego i społecznego nacisku powinny usunąć tę grę. Właśnie polskie władze powinny działać, aby gra ta nie zobaczyła światła dziennego”.

Źródło : http://pl.sputniknews.com/polska/20150526/430153.html

My nieustannie i bardzo głośno przepraszamy…

My nieustannie i bardzo głośno przepraszamy… Zamiast odwrócić się plecami do naszych oskarżycieli, bo nie ma za co i kogo przepraszać, my przysięgamy ciągle i znowu, że to nie jest nasza wina… Czyż nie trwało zbyt długo, żeby odpowiedzieć na te wszystkie obecne i przyszłe oskarżenia, potępienia, podejrzenia, oszczerstwa i donosy głośno, jasno, zimno i spokojnie za pomocą jedynego argumentu, który jest zrozumiały i przyswajalny dla publiki: „idźcie do diabła!”?

Kim my jesteśmy, żeby szukać dla nich wymówek. Kim oni są, żeby nas przesłuchiwać? Jaki jest cel tego wyszydzającego procesu nad całym narodem, którego werdykt jest z góry przesądzony?

Nasz zwyczaj stałego i żarliwego odpowiadania dowolnej hołocie uczynił nam wiele szkody i uczyni jej dużo więcej… Sytuacja, która w ten sposób powstała, w tragiczny sposób potwierdza prawdziwość powiedzenia “Qui s’excuse s’accuse” [kto się usprawiedliwia, ten się obwinia]. Sami przyzwyczailiśmy naszych sąsiadów do przekonania, że za każde sprzeniewierzenie się Żyda można pociągnąć do odpowiedzialności cały starożytny naród, który ustanawiał już prawodawstwo, kiedy jego sąsiedzi nie wynaleźli jeszcze nawet zwykłych łapci.

Każde oskarżenie wywołuje w nas takie zamieszanie, że ludzie bezwiednie myślą „czemu oni tak bardzo się wszystkiego boją? Najwidoczniej ich sumienie nie jest czyste”. Dlatego, że jesteśmy w każdej minucie w pogotowiu, wśród ludzi rozwija się nieuniknione przekonanie o nas, że jesteśmy złodziejskim plemieniem. My uważamy, że nasza stała gotowość do przejścia przeszukania i sięgnięcia do naszych kieszeni, w końcu przekona ludzkość o naszej cnotliwości. Zobaczcie jacy z nas dżentelmeni, nie mamy nic do ukrycia! To jest potworny błąd.

Prawdziwi dżentelmeni to ludzie, którzy nie pozwolą z byle powodu na przeszukanie sobie mieszkania, kieszeni i duszy. Tylko inwigilowana osoba jest na to zawsze gotowa…. To jest nieunikniona konkluzja z naszej szaleńczej reakcji na każde potępienie, która polega na przyjęciu odpowiedzialności jako naród za każde zachowanie jakiegoś Żyda oraz na robieniu usprawiedliwień przed tłumem, w którym diabli wiedzą kto stoi.

Uważam ten system za fałszywy aż do korzeni. Jesteśmy znienawidzeni nie dlatego, że jesteśmy o wszystko oskarżani, ale jesteśmy oskarżani, bo nie jesteśmy kochani…

Możemy przepraszać jedynie w rzadkich, unikalnych i ekstremalnie ważnych momentach, kiedy będziemy całkowicie pewni, że Areopag przed nami naprawdę ma uczciwe intencje i odpowiednie kompetencje. Nie możemy przepraszać za cokolwiek.

Jesteśmy narodem jak inne narody. Nie zamierzmy być lepsi niż reszta. Jednym z naszych pierwszych warunków co do równości, to prawo do posiadania swoich złoczyńców, tak samo jak inne narody. Tak, są wśród nas prowokatorzy i dekownicy, a to jest nawet dziwne, że w obecnych realiach mamy ich tak niewielu.

Inne narody też ich mają, a w dodatku mają hochsztaplerów, sprawców masowych mordów i tortur – i co z tego – nasi sąsiedzi jakoś żyją i nie wstydzą się za nich….

Czy nasi sąsiedzi rumienią się za chrześcijan z Kiszyniowa, którzy wbijali gwoździe w oczy żydowskich niemowląt? Skądże znowu. Chodzą z wysoko podniesionymi głowami i każdemu spoglądają w twarz. Naród jest królewski i nie jest odpowiedzialny i nie musi wcale przepraszać…

Nie musimy nikomu zdawać relacji, ani nie musimy się dawać badać. Nikt nie jest dość stary, żeby wzywać nas do odpowiedzi. Przybyliśmy przed nimi i odejdziemy po nich.

Zeew (Władimir) Żabotyński (1880-1940), esej z 1920 roku

Źródło : http://www.izrael.org.il/historia/4525-zeew-zabotynski-my-nieustannie-i-bardzo-glosno-przepraszamy.html

Jako Polacy bierzmy przykład również z naszych odwiecznych nielubianych sąsiadów. My również przepraszamy …

Lewica a nacjonalizacja

Jarek Augustyniak 28.12.2014

Świat, a z nim nasz kraj, znalazł się w takim momencie historycznym, że stosunek do nacjonalizacji staje się odzwierciedleniem prawdziwych intencji lewicy. Stosunek do nacjonalizacji, a tym samym do niepodległości i suwerenności kraju, staje się dziś cenzusem wiarygodności i odpowiedzią na pytanie – z kim nam po drodze ku rzeczywistym zmianom?

Ch… d… i kamieni kupa

Niedawno napisałem tekst, w którym wyraziłem pogląd, że nacjonalizacja powinna być jednym z najważniejszych postulatów współczesnej lewicy. W moim manifeście odnosiłem się do doświadczeń czy to greckiej Syrizy, czy hiszpańskiego Podemos. Nie proponuję jednak prostego małpowania, ponieważ specyfika naszego kraju i jego gospodarki jest trochę inna. W kraju, w którym przeprowadza się planową deindustrializację, a resztki przemysłu są w rękach międzynarodowych korporacji, kapitalizm ma wyjątkowo kompradorski charakter, nacjonalizacja jest warunkiem sine qua non jakichkolwiek prawdziwych i trwałych zmian. Jeśli chcemy silnego państwa, to państwo to musi mieć realne ekonomiczne podstawy tej siły.

Dopóki kapitalizm trwa, tym co zapewnia mu siłę są pieniądze i majątek trwały. A tego majątku jest u nas coraz mniej.

Skutkiem tzw. asymilacji strukturalnej w Polsce stworzono model gospodarki komplementarny z krajami zachodnimi. W zgodzie z klasyczną ekonomią liberalną i teorią korzyści komparatywnych w międzynarodowym podziale pracy i wymianie dóbr Zachód wziął sobie przemysł a nam pozostawił dziadostwo. Restrukturyzacja przystosowująca naszą gospodarkę do wejścia w struktury Unii Europejskiej oznaczała rezygnację z przemysłu mogącego hamować asymilację, pozostawiając jedynie te jego szczątkowe formy, które mogły być przydatnym uzupełnieniem przemysłu zachodniego.

Doświadczenia europejskiej radykalnej lewicy są cenne, ale nie mogą być tylko prostą kalką dla zmian, jakich potrzebuje nasz kraj. Potrzebna jest nam nasza polska droga do socjalizmu uwzględniająca to do czego doszło w Polsce po 89 roku i jak dramatycznie zmieniła się struktura własności, która każdemu kto chce coś zmieniać krępuje dziś wszystkie ruchy. Jeden ze sztandarowych projektów rządzącej koalicji, Polskie Inwestycje Rozwojowe, okazał się projektem nie do realizacji. Gdy państwo nie ma żadnego kapitału, to nie jest też w stanie stworzyć miejsc pracy, co szczerze przyznał w nagranej rozmowie minister Sienkiewicz. Inna sprawa, że słowo „rozwojowe” w nazwie Programu to raczej eufemizm, bo „celem Programu Polskie Inwestycje Rozwojowe jest (jedynie! – JA) zapewnienie finansowania długoterminowych i rentownych projektów infrastrukturalnych na terytorium Polski. (…) PIR S.A. pełni rolę inwestora kapitałowego”. Na to tego państwa też już nie stać i projekty infrastrukturalne realizuje się pod dyktat i za środki Unii Europejskiej. PIR to tylko czysta propaganda rządzącej koalicji.

Odzyskanie suwerenności kluczem do zmian

Jedyną realną drogą do zmian jest nacjonalizacja. Ta nie jest w zasadzie żądaniem stricte socjalistycznym, ale w tej sytuacji służy obronie resztek własnego przemysłu, obronie niezależności gospodarczej, a co za tym idzie – politycznej, i od razu stawia na porządku dnia inną ważną kwestię. Kwestię najpierw wyrugowaną dogmatycznie przez neoliberalną ekonomię z gospodarki, a następnie praktycznie, gdy wszystkich nas wywłaszczono. Otóż państwo, które znów jest gospodarzem musi powrócić do planowania gospodarczego, dziś zarzuconego całkowicie na rzecz tzw. wolnego rynku. O ile nacjonalizacja nie jest postulatem wyłącznie lewicowym, to nie bez znaczenia dla lewicy jest to, kto majątkiem narodowym gospodaruje i w jakim celu. Czy jest to prawica, która zarządza gospodarką w interesie burżuazji, czy też lewica z jej planami socjalnymi.

W naszej sytuacji to pozornie jedynie radykalno-reformistyczne hasło staje się żądaniem nie tylko prorozwojowym, ale też szybko prowadzi do zakwestionowania całego systemu społeczno-gospodarczego. Stąd też uznać je można za tzw. „żądanie przejściowe” – żądanie względnie łatwe do zaakceptowania przez społeczeństwo, bo nie wymaga wyższego poziomu świadomości, a prowadzące do wywrócenia istniejącego porządku społeczno-politycznego.

Pewien krytyk postulat nacjonalizacji nazwał populistycznym i cynicznym oszustwem. Krytyk ten twierdzi, że to oszukiwanie ludzi, ponieważ po nacjonalizacji przedsiębiorstwa stracą zaplecze finansowe ze swoich metropolii i technologiczne wsparcie od korporacji, których przedsiębiorstwa były własnością. To doprowadzi do takiej ruiny, że pozostanie już z nich tylko ch…, d..a i kamieni kupa, by przywołać znów słowa Sienkiewicza. Pośrednio za takim rozumowaniem kryje się akceptacja dla wcześniejszej ich prywatyzacji, która dała im rzekomo to finansowanie i technologie! I to nic, że krytyk ten dobrze wie, że wiele z nich sprywatyzowano tylko po to, aby je zlikwidować. Posługiwały się one całkiem dobrymi i na dodatek polskimi technologiami, bo było to w czasach, gdy Państwo Polskie na naukę jeszcze łożyło. Z tych natomiast co nadal istnieją, ale już z korporacyjnym logo, zyski w niewielkim stopniu zasilają już polski budżet. Od ich obrotów rośnie PKB, ale nie budżet. Bezpośrednio zaś jest to jakaś niechęć do rzeczywistych zmian i odejścia od socjaldemokratycznej utopii. Tak, utopii! W dobie neoliberalnej hegemonii i kompromitacji socjaldemokracji w całej Europie to jest utopia większa niż komunizm. Wdrożone u nas przystosowanie się do gospodarek krajów metropolitalnych skazuje nas na średnie zarobki w granicach 25% średniej UE, jak też na ponoszenie kosztów kryzysu dotykającego te metropolie, bo te zawsze przerzuca się na słabszych, na peryferia. Właśnie dlatego podczas kryzysu w międzywojniu zamykano kopalnie na polskim Śląsku, żeby uchronić przed tym kopalnie w zagłębiu Ruhry.

Reformizm już nie wystarczy

Nie ma w Polsce na lewicy siły, która proponowałaby rzeczywiście antysystemowe zmiany, poza typowo reformistycznymi zabiegami polegającymi na podniesieniu podatków najbogatszym, tworzeniu przez państwo miejsc pracy, czy obietnicy budowy przez nie mieszkań. Powstaje pytanie: co tu jest większym cynizmem i populizmem? Postulat nacjonalizacji czy też postulat reformowania kapitalizmu, którym społeczeństwo jest oszukiwane od czasów jego restytucji?

Jedyne „ewolucyjne” zmiany, jakie widzimy to przecież stopniowe zmiany na gorsze. Ruina przemysłu i coraz większa niepewność oraz coraz mniej praw dla ludzi pracy. W kraju pozbawionym gospodarczej suwerenności jest to dopiero prawdziwe oszustwo. Podatki można podnieść i Unia nie będzie się w to wtrącać. Ale skąd to przekonanie, że opodatkowani dadzą się opodatkować, jeśli są tu wyłącznie dlatego, że tu tych podatków płacić nie muszą? Kto ich do tego zmusi? Słabe i biedne państwo? Skąd przekonanie, że korporacje zmuszone do płacenia w Polsce podatków nie zwiną swych interesów, nie wywiozą maszyn do ostatniej śrubki i nie przeniosą się do miejsc, które dadzą im lepszą stopę zysku? Jaka korporacja liczy się z takim państwem? W warunkach swobody alokacji kapitału w UE, mający być obciążonymi podatkami natychmiast zagrożą likwidacją montowni w Polsce. Niegdysiejszy sukces Słowacji, która to wygrała w negocjacjach budowę kilku zachodnich montowni, odbierając to Polsce – obrócił się przeciwko Słowacji w 2008 roku, po pęknięciu bańki spekulacyjnej w USA. Fabryki polikwidowano, by zachować bezpieczeństwo rynku pracy w krajach metropolitalnych i tam ich nie zamykać, a Polska szczyciła się sukcesem, bo w nas kryzys tak ostro nie uderzył – właśnie dlatego, że nie zbudowano u nas tych montowni. Tak więc bez załatwienia sprawy niepodległości gospodarczej – a ta wymaga w pierwszej kolejności nacjonalizacji choćby głównych gałęzi przemysłu i rozwijania ich na rachunek państwa – żądanie zrównania świadczeń i płac z tymi z krajów metropolitalnych UE jest pustosłowiem, jeśli nie awanturnictwem.

Kolejna sprawa, że bez nacjonalizacji, godząc się na produkcję jedynie komplementarną, musimy w następnej kolejności zrezygnować z własnej nauki. I to robimy od czasu wejścia w struktury UE, pozostając w niechlubnej końcówce jej członków pod względem wysokości nakładów, jakie na nią ponosimy. Z nauki musieliśmy zrezygnować, bo kraje metropolitarne kształcą własne kadry, a nasze, pozostając w przestrzeni wirtualnej z braku własnego wielobranżowego przemysłu – nie mogą już z nimi konkurować.

Wszystko to sprawia, że stajemy się krajem coraz bardziej peryferyjnym, zależnym i stąd też polityka takiego kraju musi pozostawać polityką kraju podległego, polityką niemal kolonialną.

A co z postulatem miejsc pracy tworzonych przez państwo? To jest dopiero oszustwo wykalkulowane z sondaży! Bo nawet jeśli ludzie twierdząco odpowiadają, że są za tym, by państwo je tworzyło, to mamy ich oszukiwać, że bez zmian systemowych jest to możliwe? Tych miejsc pracy nie da się stworzyć, nie mając ku temu środków. Nie mając majątku i podlegając unijnym ograniczeniom i dyktatowi MFW, państwo nigdy nie będzie ich tworzyć. To jest dopiero prawdziwe oszustwo chcieć iść pod takimi hasłami po ludzkie poparcie.

Państwo, owszem, tworzy miejsca pracy już teraz. Ale jakie to są miejsca pracy i dla kogo? Dla przykładu PKP podzielono na kilkadziesiąt spółek. Tematycznie i regionalnie. W każdej znalazł pracę prezes, członkowie zarządu i rady nadzorczej oraz obsługa ich biur, stołówek i toalet. Inna spółka jest od pociągów (z podziałem na ich rodzaje), inna od trakcji elektrycznej, a inna od torów… To nadal może się dzielić na jeszcze mniejsze spółki, w których zarządach znajdą zatrudnienie nowi członkowie PO i PSL. Nie byłoby też w tym nic dziwnego, gdyby spółkę zajmującą się torowiskami podzielono na dwie. Wszak jest tor prawy, tor lewy i… dwóch koalicjantów. Powiedzmy sobie prawdę, że dziś państwo może tworzyć miejsca pracy tylko tworząc nowe i rozbudowując obecne urzędy. To robi od dawna każda partia władzy, by zapewnić sobie twardy elektorat.

Potrzeba nam silnego państwa

By państwo sprawnie działało, potrzebuje materialnych podstaw. Mówiąc o nacjonalizacji, rozumiejąc jej konieczność w polskich warunkach, trzeba oczywiście określić jej zakres. To mogą być na początek kluczowe dla państwowej gospodarki gałęzie: komunikacja, szpitale, odzyskanie kontroli nad finansami, odzyskanie zlikwidowanych, czy wyprzedanych przez miasta przedsiębiorstw miejskich. Bez nacjonalizacji i renacjonalizacji musielibyśmy od nowa położyć własne szyny, zbudować nowe szpitale, zakładać od zera miejskie przedsiębiorstwa. Po pierwsze, po co? Po drugie, skąd na to wziąć?

Warto w tym miejscu wspomnieć doświadczenia Polski międzywojennej. Czas jakiś wierzono w niej, podobnie jak obecnie, w obłudną propagandę nt. „niewidzialnej ręki rynku”, która to sama całą gospodarkę podniesie z kolan. Później zorientowano się, że prawo takie od dawien dawna nie działa, a kraje metropolitalne ani myślą tracić, czy choćby konkurować, z krajami słabszymi. Politykę industrializacji, w której główną rolę odegrał kapitał państwowy, sformułował i przeprowadził Eugeniusz Kwiatkowski, wicepremier i minister skarbu w latach 1935-1939, który zainicjował czteroletni plan inwestycyjny (1936-1940), a następnie plan 15-letni (1939-1954). II RP mogła to jeszcze robić, bo mimo całej krytyki wobec jej polityki społeczno-gospodarczej nie doprowadziła nigdy do całkowitej rezygnacji z interwencjonizmu państwa, a sektor państwowy pozostawał przez cały czas międzywojnia ważnym elementem ówczesnej gospodarki.

Prawdziwe tworzenie innych, potrzebnych i wpływających na rozwój gospodarczy miejsc pracy to budowa na przykład jakiejś fabryki przez państwo. Słyszycie już ten wrzask Komisji Europejskiej, że to wbrew wolnej konkurencji? Ja słyszę! Słabe państwo przed groźbami KE i kapitału ugnie się z całą pewnością i nic z tego nie zrobi. Dlatego my socjaliści potrzebujemy silnego państwa. Silne państwo to państwo-właściciel.

Niedawno usłyszałem z ust lewicowego polityka, zwolennika stopniowych systemowych zmian, że postulatu nacjonalizacji społeczeństwo polskie nie zrozumie. Absolutnie się z tym nie zgadzam. Po 25 latach prywatyzacyjnej antypaństwowej polityki państwa, społeczeństwo wie jak to dobrze i bezpiecznie móc pracować na państwowym. Praca na państwowym, podobnie jak przed wojną, staje się marzeniem wielu ludzi. Praca na państwowym to większe bezpieczeństwo i możliwość korzystania z praw jakie daje Kodeks Pracy. W przeciwieństwie do uspołecznienia jest to postulat łatwy do akceptacji, bo nie wymaga głębokiej świadomości. Dużo bardziej niezrozumiałym i wrogo traktowanym jest u nas postulat choćby wyższych podatków. By się o tym przekonać wystarczy porozmawiać z kimkolwiek na ulicy i usłyszeć, co myśli o podwyższaniu podatków. Zrozumieć na czym polega sukces Korwina-Mikke, który na tym braku świadomości i zrozumienia, postulatem niemal całkowitej likwidacji podatków buduje swój sukces. Nie twierdzę, że bogatym podatków nie trzeba podnieść. Twierdzę tylko, że to nie wystarczy, i że należy to robić nie zamiast, ale obok nacjonalizacji.

Czy nacjonalizacja spowoduje konflikt z Unią Europejską? Zapewne tak! Ale nikt też nie twierdzi, że odzyskanie suwerenności i budowa lepszej przyszłości to będzie proste zadanie.

Źródło : http://www.socjalizmteraz.pl/pl/Artykuly/?id=626/Lewica_a_nacjonalizacja