Petros i petra

Podstawowym zagadnieniem dotyczącym papiestwa, poruszanym w piśmiennictwie protestanckim, jest kwestia ustanowienia urzędu papieża przez Boga. Temat ten jest szeroko dyskutowany nie tylko ze względu na swoją istotę, ale także na wynikające z niego konsekwencje. W rozumieniu Kościoła Rzymskokatolickiego bowiem, Chrystus ustanawiając swojego następcę na ziemi dał mu najwyższą władzę i autorytet nad całym swoim Kościołem. Dlatego też Kościół Rzymskokatolicki wysuwa wobec wszystkich wyznań chrześcijańskich roszczenie do uznania przez nie prymatu papieża. Opiera się przy tym na słowach wypowiedzianych przez Jezusa: A Ja ci powiadam, że ty jesteś Piotr, i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go. I dam ci klucze Królestwa Niebios; i cokolwiek zwiążesz na ziemi będzie związane i w niebie, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w niebie (Mt 16:19). Centralne słowa z przytoczonego tekstu biblijnego, na które powołuje się Kościół katolicki dla uzasadnienia ustanowienia Piotra przez Chrystusa Jego namiestnikiem to greckie: Petros i petra. Utrzymuje on, że Jezus mówiąc o skale miał na myśli Piotra i to właśnie na nim miał być budowany Kościół Jezusa. W ten sposób apostoł ten został wyróżniony i uczyniony filarem Kościoła, ostatecznym autorytetem w sprawach wiary na ziemi. W jednym z dekretów Soboru Powszechnego we Florencji z 1439 r. czytamy: „Określamy także, iż święta Stolica Apostolska i Rzymski Biskup posiadają prymat nad całym światem, a sam Biskup Rzymski jest następcą św. Piotra, Księcia Apostołów, i prawdziwym następcą Chrystusa, głową całego Kościoła oraz ojcem i nauczycielem wszystkich chrześcijan. Jemu w osobie św. Piotra została przez Pana naszego Jezusa Chrystusa przekazana pełna władza „pasterzowania”, kierowania i rządzenia całym Kościołem, jak to orzekają akta soborów powszechnych i święte kanony”.

Protestanci zgodnie twierdzą, że aby dokonać rzetelnej interpretacji fragmentu Pisma Świętego, należy dokładnie zbadać tekst pod względem znaczenia użytych w nim słów, konstrukcji gramatycznej i logicznej wypowiedzi. Ponadto sens przekazu musi być odczytany odpowiednio do kontekstu, w jakim został przytoczony i pozostawać w zgodzie z innymi fragmentami dotyczącymi poruszanego tematu. Jeśli na podstawie słów buduje się doktrynę o najważniejszym urzędzie decydującym o losach całego Kościoła, to powinny one być odczytane w sposób jasny i nie budzący żadnych wątpliwości, zgodnie z intencją autora.

Niestety, zdaniem chyba wszystkich protestanckich autorów tych wątpliwości jest zbyt wiele by upatrywać w cytowanym fragmencie podstawę do ustanowienia papiestwa. Komentarze dotyczące tego fragmentu zawarte zarówno w podręcznikach teologii protestanckiej, jak i w czasopismach jednomyślnie rozróżniają znaczenie kluczowych słów Petros i petra – tak też czyni np. K. Wiazowski w swoim zarysie dogmatyki. Pierwsze z nich jest rodzaju męskiego i oznacza poza imieniem własnym, luźno leżący kamyk, głaz graniczny. Drugie natomiast jest rodzaju żeńskiego i oznacza wielką solidną skałę, opokę. Jezus zwracając się do Piotra słowami: Ty jesteś Piotr (Petros), i na tej opoce (petra) zbuduję kościół mój posłużył się jedynie grą słów. Nie nadał on nowego znaczenia greckiemu słowu Petros. Niewłaściwą więc rzeczą jest sądzić, że Petros oznacza skałę. Niektórzy protestanci uważają nawet, że Petros jest przeciwieństwem petra, jest małym kamykiem, skalnym odłamkiem. Znajdują oni uzasadnienie w grece, którą posługiwali się Homer, Eurypides, Platon, Sofokles i wielu innych. Używane przez nich słowo petros zawsze oznaczało kamień. Takie rozróżnienie znaczeń tych słów znajdziemy również w słownikach języka greckiego.

Πεтρα – skała, opoka, urwisty brzeg nad morzem
Πεтρos – kamień, słup, głaz graniczny

Lech Zapart w artykule komentującym werset z Mt 16:18 odwołuje się również do jego gramatycznej konstrukcji. Uważa, że zwrot i na tej skale musi odnosić się do wyznania Piotra. Wynika to z użytych w tym zdaniu zaimków: ty i tej. Jezus mówiąc do Piotra zwrócił się do niego w drugiej osobie, mówiąc o skale użył trzeciej osoby. Świadczy to o tym, że skałą jest coś lub ktoś inny. W przeciwnym razie zaistniałaby niezgodność rodzaju użytego zaimka tej i rzeczownika Petros.

Z kontekstu wypowiedzi wynika, że skałą jest wyznanie, które chwilę wcześniej złożył Szymon na skutek objawienia Bożego. Jezus nazwany został przez niego Mesjaszem, Synem Boga Żywego. Tak więc na tej prawdzie jak na skale będzie budowany Kościół. Dla protestanckiego interpretatora tego tekstu jasne jest, że porównanie Piotra do kamienia, a Jezusa do skały jest zamierzone. Nadanie nowego imienia Szymonowi można traktować jako zadanie kształtowania stabilnego, dojrzałego charakteru, po to by mógł wraz z innymi apostołami stać się podwaliną Kościoła zbudowanego na fundamencie apostołów i proroków, którego kamieniem węgielnym jest sam Chrystus Jezus (Ef 2:20). Natomiast nazwanie Boga skałą występuje w wielu miejscach Starego i Nowego Testamentu: Bo zapomniałeś Boga, swojego Zbawiciela, i nie pamiętałeś o skale swojego schronienia (Iz 17:10); Któż bowiem jest Bogiem oprócz Pana? Któż jest skałą prócz Boga naszego? (Ps 18:32); I wszyscy ten sam napój duchowy pili; pili bowiem z duchowej skały, która im towarzyszyła, a skałą tą był Chrystus (1 Kor 10:4).

Katoliccy teologowie stawiając znak równości pomiędzy Piotrem a skałą utożsamili go tym samym z opoką, na której opierać ma się cały Kościół. Rozumienie takie uzasadniają powołując się na werset J 1:42, w którym Jezus zwraca się do Piotra Ty jesteś Szymon, syn Jana; ty będziesz nazywał się Kefas – to znaczy Piotr. Aramejskie kefa może oznaczać skałę, jednak ewangelista Jan skłania się ku innemu znaczeniu imienia Kefas utożsamiając je z petros, czyli z kamieniem. Możemy być pewni, ze nie mylił znaczenia tych słów, ponieważ biegle znał zarówno grecki, jak i aramejski.

Obecnie autorzy protestanccy dostrzegają w wypowiedziach teologów katolickich, a nawet samego papieża elementy tradycyjnej protestanckiej interpretacji fundamentu Kościoła. Tadeusz Zieliński cytuje słowa Jana Pawła II: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? Takie pytanie postawił Jezus z Nazaretu, a Szymon Piotr odpowiedział: Ty jesteś Mesjasz- Chrystus- Syn Boga żywego. Na tym wyznaniu opiera się Kościół jak na opoce. Na wyznaniu Szymona Piotra opiera się Kościół cały. Kościół powszechny Jezusa Chrystusa wyznaje, że On jest Synem Boga żywego. Na tym wyznaniu opiera się każdy Kościół”.

Trzeba przyznać, że wypowiedzi w tym tonie nie dotyczą tylko współczesności, bowiem już w pierwszych wiekach tacy Ojcowie Kościoła, jak Augustyn, Hieronim, Orygenes uważali, że skałą, o której mówi fragment z Ewangelii Mateusza jest Chrystus a nie Piotr.

Źródło : fragment http://www.teologia.protestanci.org/artykuly/art104.php

Reklamy

Krótki przewodnik po Bliskim Wschodzie

Krótki przewodnik po Bliskim Wschodzie znaleziony na portalu euroislam.pl. Po przeczytaniu go sytuacja na Bliskim Wschodzie stanie się dla Was prosta i jasna.

“The Financial Times” opublikował list czytelnika, w którym w kilku prostych zdaniach wyjaśnia on skomplikowaną, zdawałoby się, sytuację w ogarniętych konfliktami rejonach Bliskiego Wschodu.

Szanowny Panie, Iran wspiera Assada. Państwa Zatoki Perskiej są przeciwko Assadowi.

Assad jest przeciwko Bractwu Muzułmańskiemu. Bractwo i Obama są przeciwko generałowi Sisi.

Ale państwa Zatoki są za Sisim. Co oznacza, że są przeciwko Bractwu Muzułmańskiemu.

Iran popiera Hamas, ale Hamas popiera Bractwo!

Obama też wspiera Bractwo Muzułmańskie, ale Hamas jest przeciwko Ameryce!

Państwa Zatoki są proamerykańskie. Ale Turcja jest razem z państwami Zatoki przeciwko Assadowi; jednakże Turcja jest za Bractwem przeciwko generałowi Sisi. A generała Sisi popierają państwa Zatoki!

Witamy na Bliskim Wschodzie i życzymy miłego dnia.

K N Al-Sabah, London EC4, UK

Tłumaczenie A.Myszka (euroislam.pl)

Źródło : http://www.izrael.org.il/opinie/3655-krotki-przewodnik-po-bliskim-wschodzie.html

Ażeby było jeszcze śmieszniej to Izrael zasadniczo nie jest przeciw Assadowi (ponieważ znany wróg jest lepszy od nie znanego), po cichu współpracuje z Saudami (oficjalnie oczywiście nie) zwalcza Hamas popierany przez „demokratyczne” Bractwo Muzułmańskie i Iran, zwalcza Hisballah popierany przez Assada. I najchętniej by w najlepsze współpracował z Turcją, która tej współpracy chyba nie chce (przynajmniej oficjalnie).
A „Palestyna” i „Palestyńczycy” stanowią de facto dla wszystkich w okolicy zastępczy temat polityczny.
I tak właśnie wygląda sytuacja na Bliskim Wschodzie .
SyøTroll

Czas na „Plan B” ?

Negocjacje między Izraelem a Autonomią Palestyńską (AP) rozpoczęły się znów na poważnie – pod ogromnym naciskiem Zachodu.

Mimo widocznego optymizmu Johna Kerry’ego, realne oczekiwania są dużo mniejsze. Obie strony uczestniczyły już w nich wcześniej i wielu denerwuje się, że nowo odkryta amerykańska gorliwość odniesie odwrotny skutek. Jak już podkreśliła Ajelet Szaked z partii Habajit Hajehudi w swoim ostrym liście do Sekretarza Stanu USA, poprzednie negocjacje zakończyły się wznowioną przemocą, a administracja amerykańska gra życiem Izraelczyków i Arabów rozpoczynając takie ryzykowne przedsięwzięcie w czasie, gdy Izrael jest oazą spokoju i stabilności w regionie spustoszonym przez konflikt i przewroty.

Mimo wszystko rozmowy są rzeczywiście kontynuowane w stylu tak zwanego „rozwiązania dwóch państw”. Zgodnie z tą formułą Państwo Izrael odda kontrolę nad prawie całą Judeą i Samarią – dodatkowo do Strefy Gazy, którą Izrael oddał już w 2005 r. Terytoria te zostałyby przekazane pod rządy AP jako niezależne arabskie państwo „palestyńskie”, które – jak się oczekuje – w zamian zrezygnuje z dalszych żądań wobec Izraela, rozpoczynając erę pokoju i harmonii w regionie.

Oczywiście rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana.

Każdemu wycofaniu się z Judei i Samarii, jak temu z Gazy, towarzyszyłyby czystka etniczna ludności żydowskiej i rozbicie żydowskich wspólnot z terenów, które były kolebką żydowskiej cywilizacji przez 3 500 lat.

Niestety przywódcy zachodni i ci po izraelskiej lewicy upierają się, że takie „bolesne poświęcenie” będzie tego warte – ostatecznie przekona arabskich sąsiadów Izraela do zawarcia pokoju z Państwem Żydowskim i zakończy jeden z najtrudniejszych konfliktów tego regionu.

Jednak oprócz historycznych żydowskich roszczeń do tego terytorium Judea i Samaria są ważne strategicznie – decydujące, jak twierdzi wielu – dla bezpieczeństwa Izraela. Ten region obejmuje ok. 25% całkowitej powierzchni Izraela i leży bezpośrednio przy Równinie Nadbrzeżnej Izraela, gdzie żyje ponad 70% ludności kraju i gdzie znajduje się 80% przemysłu izraelskiego. Bez Judei i Samarii centralny Izrael będzie zredukowany do zaledwie niecałych 13 km w swoim najwęższym miejscu, stając się wyjątkowo podatnym na ataki i dostatecznie łatwym do inwazji. Rzeczywiście długa jest lista ekspertów wojskowych, którzy wyrazili zdanie, że takie granice są całkowicie nie do obrony.

W takim przypadku nawet ci Izraelczycy, którzy teoretycznie poparli by ustępstwa na tak szeroką skalę, denerwują się urzeczywistnieniem ich nie mając gwarancji realnego i trwałego pokoju.

Nie przedstawia się to obiecująco.

Powtarzające się oświadczenia AP deklarujące likwidację Izraela jako cel ostateczny i jej postrzeganie negocjacji jako jeszcze jednego, zwykłego etapu w tym procesie, wzbudziło wątpliwości co do jej prawdziwej motywacji. Wielu obawia się, że nic nie zapobiegnie przyjęciu przez AP izraelskich ustępstw i późniejszemu znalezienia nowych pretekstów do kontynuowania konfliktu z silniejszej pozycji niż przedtem, ponieważ znają ten schemat z przeszłości.

Inna krytyka opisanego wyżej “rozwiązania dwu państwowego” mówi, że ignoruje się fakt, że Gaza jest w tej chwili rządzona przez Hamas, a nie przez AP. Hamas otwarcie odrzuca każdy bez wyjątku kompromis z Izraelem i nawołuje nie tylko do likwidacji Państwa Izrael, ale również do zagłady Żydów. Dodatkowo istnieją różne inne lewicowe i islamistyczne frakcje, które również odrzucają każdy kompromis z Państwem Żydowskim i zadeklarowały, że nie będą się czuły związane żadną umową między rządem izraelskim a AP.

Ponadto, jednym okiem skierowanym na wydarzenia w Egipcie i Syrii, Izraelczycy są zaniepokojeni robieniem bolesnych ustępstw na rzecz AP na bazie porozumienia pokojowego tylko po to, żeby pewnego dnia obudzić się z jej nowym rządem, który nie będzie więcej przestrzegać tych umów.

Istnieje powód, dla którego wielu Arabów palestyńskich nie czuje się związanych z decyzjami AP. Brak wolnych i demokratycznych wyborów parlamentarnych od 2006 r. stawia pod wielkim znakiem zapytania legalność władzy; a ciągłe zarzuty o korupcję, tortury i represje obróciły wielu przeciwko niej.

Jednak wielu Izraelczyków obawia się, że USA nie zważając na nic będzie forsować tę inicjatywę, ponieważ administracja Obamy rozpaczliwie próbuje udowodnić swoje znaczenie w regionie, w którym jej polityka zagraniczna wygląda na coraz bardziej zdezorientowaną i nieistotną. Zapewnienia dostarczone AP przez USA, gwarantujące z góry spełnienie wszystkich jej wstępnych warunków przed negocjacjami, raczej nie złagodzi obaw Izraelczyków, że interesy ich państwa będą poświęcone na ołtarzu amerykańskiej polityki zagranicznej w jakiejkolwiek ewentualnej umowie z AP.

„Dwa państwa dla dwóch narodów – po obu stronach rzeki Jordan”

Na tle tych obaw wyłania się nowa inicjatywa, która ma poparcie Izraelczyków i Palestyńczyków.

W najbliższą niedzielę Profesorowie dla Silnego Izraela (PfSI) będą gospodarzami konferencji w jerozolimskim Centrum Menachema Begina omawiającej inicjatywę, którą określają jako „Dwa państwa dla dwóch narodów, po obu stronach rzeki Jordan”.

Inicjatywa ta wzywa do utworzenia Państwa Palestyńskiego na wschodnim brzegu rzeki Jordan (na terenach dzisiejszej Jordanii), gdzie już istnieje palestyńska większość – 65-80% z ok. 6,2 mln obywateli.

Królestwo Jordanii (pierwotnie nazwane „Transjordanią”) zostało utworzone w 1946 r. na 3/4 terytorium wcześniej przeznaczonego dla Państwa Żydowskiego w słynnej Deklaracji Balfoura z 1917 r. Był to rezultat podzielenia Mandatu Brytyjskiego Palestyny jako kompromis między Żydami i Arabami – kompromis, który rozpoczął się w 1922 r. na Konferencji San Remo, kiedy arabska populacja otrzymała lwią część ziemi Mandatu (77%), na wschód od rzeki Jordan, a Żydzi dostali pozostałą część na zachód od niej.

Niestety, zamiast przekazać kontrolę miejscowej arabskiej społeczności, rząd brytyjski wprowadził na urząd haszymidzkie plemię jordańskiego króla Abdullaha I (dziadka króla Abdullaha II), który sympatyzował z brytyjskimi interesami imperialnymi. Zapoczątkowało to erę autokratycznych rządów mniejszości, która trwa do dzisiaj i pozostawiło miejscowych Żydów i Arabów nadal walczących o pozostałe 23%.

Mimo że są większością, Palestyńczycy w Jordanii są powszechnie dyskryminowani i represjonowani przez rząd. Ostatnio, przeczuwając rosnące niebezpieczeństwo ze strony niezadowolonych Palestyńczyków, jordański rząd rozpoczął pozbawianie dużej ich liczby ich jordańskiego obywatelstwa, zadając dodatkowy cios ich społecznym prawom obywatelskim, co ilustruje jak próbuje się pozbawić ich prawa do przetrwania.

Król Jordanii Abdullah II i Mahmud Abbas, fot. Reuters

„Nie na wszystko jest lekarstwo”

Organizatorzy wydarzenia wskazują na niepewną przyszłość reżimu haszymidzkiego w obliczu kwestionowania jego legalności w Jordanii i rozległym rozszerzaniu się społecznych powstań w regionie.

„Dokładnie teraz, kiedy arabski świat wrze i znajduje się w politycznym chaosie, musimy badać inną alternatywę, to znaczy: Jordanię jako Narodowe Państwo dla Palestyńczyków”, zadeklarował PfSI w tym tygodniu.

Podkreślono, że „gdy ‘Arabska Wiosna’ dotrze do Jordanii, Państwo Palestyńskie zostanie tam stworzone efektywnie na bazie większości palestyńskiej”.

W rezultacie jeśli palestyńskie państwo zostanie stworzone w Judei i Samarii “jest więcej niż prawdopodobne, że obudzimy się w rzeczywistości, w której będą dwa oddzielne państwa palestyńskie, oba graniczące z Izraelem”.

Były parlamentarzysta prof. Arje Eldad, który przewodzi grupie, powiedział, że

– W odpowiedzi na międzynarodowy nacisk w przeszłości czyniono dużo prób przekazania Arabom części Judei i Samarii, serca Ziemi Izraela. Nie dość, że te próby się nie udały, ale niezmiennie kończyły się wojną, wybuchami przemocy, intifadami i falami terroru skierowanemu przede wszystkim przeciwko ludności cywilnej, prowadząc do śmierci dziesiątek tysięcy ludzi.

Mimo to „brygady rozjemców” upierają się przy narzucaniu tej samej formuły, jakby nie rozumieli, że ten konflikt nie jest oparty na terytorium i dlatego rozwiązaniem nie może być podzielenie Ziemi Izraela.

Konflikt między Żydami i Arabami na Bliskim Wschodzie jest nieustępliwą wojną religijną. Izrael jest na pierwszym froncie tej wojny. Żaden podział Ziemi Izraela nie będzie rozwiązaniem tego konfliktu, ale raczej przyczyną następnej wojny i rozlewu krwi.

Zapytany przez Aruc Szewa jak ta inicjatywa może rozwiązać konflikt, który nie jest „terytorialnym”, Eldad powiedział, że „teraz jest czas by ludzie zrozumieli, że nie zawsze można znaleźć wszechstronne rozwiązania”.

– Prawie wszystkich powszechnych chorób nie można wyleczyć – od cukrzycy do nadciśnienia… nie zawsze można „wyleczyć” problem definitywnie, ale można go leczyć. Wojna izraelsko-arabska jest wojną religijną, ideologiczną, starciem cywilizacji. Nie można jej wyleczyć przez narysowanie granic na mapie.

Proponuję formułę, która będzie „leczyć” i ograniczy konflikt, bez narażenia Izraela na egzystencjalne zagrożenie, jakim jest umieszczenie państwa palestyńskiego w sercu kraju.

Taka formuła byłaby również korzystna dla strony palestyńskiej, emancypując miliony Palestyńczyków w Jordanii, dając rozwiązanie dla ciągle istniejącego „problemu uchodźców” (Jordania jest 3 razy większa od Izraela) i zaspokajając postulaty samostanowienia Arabów palestyńskich.

„Plan B”

Eldad zastrzegł, że nie sugeruje aktywnego podważania obecnego rządu jordańskiego przez Izrael.

– Jednak musimy mieć gotowy „Plan B”… musimy się przygotować na dzień, gdy nie będzie już jordańskiego królestwa haszymidzkiego, ale państwo palestyńskie. Izrael musi szybko opracować taki plan, zanim Zachodni Brzeg zamieni się w drugą Gazę – wezwał Elad, ustosunkowując się to przejęcia władzy przez Hamas po oddaniu Strefy Gazy AP.

– Ani USA, ani Izrael nie mają „Planu B” – podkreślił. – Jest to niesamowicie naiwne i potencjalnie katastrofalne polożenie, biorąc pod uwagę zmienny i nieprzewidywalny charakter regionalnej geopolityki.

Powiedział również, że „gdy upadnie jordański reżim, Izrael powinien po prostu przyjąć i uznać tam Państwo Palestyńskie i zaofiarować mu pomoc” w handlu, współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa i w każdy inny możliwy sposób.

Zdaniem Eldada w zamian „oni zaakceptują swoją funkcję palestyńskiego państwa i dadzą obywatelstwo swoim braciom w każdym miejscu na świecie, włącznie z Judeą i Samarią”.

– Plan ma duże poparcie wśród Izraelczyków, ale wielu nie jest jeszcze przekonanych, że jest on”realny” – dlatego niedzielna konferencja będzie koncentrować się przede wszystkim na “praktycznych zagadnieniach” od demografii i topografii aż do prawa międzynarodowego.

– Problem leży w tym, że Izraelczycy są przekonani, że jedyną alternatywą oddania Judei i Samarii jest „państwo dwunarodowe”, które faktycznie zakończy żydowskie samostanowienie – powiedział Eldad o dyskursie, który zamierza zakwestionować.

Jego organizacja opublikuje w niedzielę rano wyniki sondażu, które jak mówi, poprą jego twierdzenia.

Eldad stwierdził, że wielu jordańsko-palestyńskich przywódców również popiera tę inicjatywę, ale większość nie jest „jeszcze gotowa” do publicznego ogłoszenia swojego stanowiska z obawy przed prześladowaniami rządowymi.

Jednym z palestyńskich działaczy, który publicznie wyraził swoje poparcie jest Mudar Zahran, palestyński Jordańczyk, dysydent, który jest wiodącym zwolennikiem tej inicjatywy.

Opierając się na zdaniach wypowiedzianych na przesłuchaniu kongresowym w sprawie konfliktu w Syrii, na którym zostało zacytowane twierdzenie króla Abdullaha, że może zostać bez władzy „w ciągu roku”, Zahran jest przekonany, że wcześniej czy później „król ostatecznie upadnie”.

– Trzeba uznać fakt, że nie ma różnic między Palestyńczykami a Jordańczykami – powiedział Zahran. – Jesteśmy tym samym narodem jordańskim podzielonym przez kolonialne nazwy, dlatego będę podążał za interesem mojego narodu i zapewnieniem mu wejścia w przyszłą erę.

Zdaniem Zahrana dokonano ogromnej niesprawiedliwości przez podzielenie regionu w sposób, który pozbawił praw obywatelskich jordańska większość palestyńską, dał siłę dyktaturze obcej mniejszości i utrwalił arabsko-izraelski konflikt.

Zahran powiedział, że taka inicjatywa leży również w interesie świata zachodniego. Wezwał kraje zachodnie, by nie powtarzały tych samych błędów, jakie zrobiły gdzie indziej w regionie i poprosił je by zapobiegły przejęciu kontroli przez grupy islamistów w następstwie upadku reżimu przez poparcie dla świeckiej opozycji palestyńskiej, wśród której, jak twierdzi, istnieje wielkie poparcie dla takiego planu.

– Problemem jest nie tylko stworzenie palestyńskiego państwa w Jordani, ale również uniknięcie ryzyka, że Jordania zamieni się w „Hamas-tynę” – wyjaśnił Zahran, odnosząc się do dobrze zorganizowanej tam opozycji Bractwa Muzułmańskiego, które jest połączone z Hamasem.

Oprócz prof. Eldada i Mudara Zahrana w konferencji weźmie udział noblista profesor Israel Aumann, zastępca ministra transportu Tzipi Hotovely (Likud), generał rezerwy i przewodniczący kompanii elektrycznej Jiftach Ron-Tal i byly wiceminister spraw zagranicznych Danny Ajalon.

Zaproszeni zostali również amerykański wysłannik na Bliski Wschód Martin Indyk, jordański ambasador w Izraelu i szefowie misji dyplomatycznych w Izraelu – ale nie wiadomo, czy ktoś z nich weźmie udział w tej konferencji.

Źródło : http://izrael.org.il/news/3649-czas-na-plan-b.html

Czym jest ultramontanizm

Ultramontanizm

Dziennik gajowego Maruchy

„Ultramontanizm nigdy nie spowoduje, że zgubisz swoją duszę; liberalizm natomiast to szeroka droga do piekielnej otchłani.” x. Sarda y Salvany, Liberalizm jest grzechem, roz. XIV

Autorem poniższego tekstu jest założyciel Sodalitium Pianum, półtajnej organizacji powstałej w 1909 i działającej za zgodą i przy wsparciu Papieża św. Piusa X. Jej celem było tropienie modernistów po ogłoszeniu przez tegoż papieża w 1907 encykliki Pascendi Domini gregis. We Francji Sodalitium Pianum znane było pod nazwą La Sapinière.

Liberałom udało się wreszcie doprowadzić do oficjalnego rozwiązania stowarzyszenia w 1921 roku, czego oficjalnym powodem była rzekoma „zmiana okoliczności”. W ten sposób Benedykt XV praktycznie unieszkodliwił Sodalitium Pianum (które działało jednak jeszcze do II Wojny Światowej), w czym niektórzy widzą początek obecnego rozkładu Kościoła poprzez kapitulację oficjalnych struktur Kościoła wobec wkraczającego modernizmu. I okoliczności rzeczywiście się zmieniły.

Pelagiusz

Ultramontanizm
Ks. Umberto Benigni

Termin używany do określenia integralnego i aktywnego katolicyzmu, ponieważ uznaje za swoją duchową głowę…

View original post 1 042 słowa więcej

Wielkomorawski rodowód państwa polskiego

Dziennik gajowego Maruchy

Praca Przemysława Urbańczyka zatytułowana „Mieszko Pierwszy Tajemniczy” stanowi najnowszą próbę ukazania osoby pierwszego historycznego władcy Polski. Ostatnią pozycją poświęconą piastowskiemu władcy była biografia autorstwa prof. Gerarda Labudy „Mieszko I” (Wrocław 2002). Urbańczyk w swojej pracy podejmuje się próby odpowiedzi na wiele podstawowych pytań i zagadnień, także tych, które zdawały się mieć w dotychczasowej polskiej mediewistyce status niepodważalnych.

Poszczególne rozdziały pracy poświęcone zostały m.in. imieniu słowiańskiego księcia, okolicznościom, w jakich został ochrzczony, prowadzonej przez niego polityce oraz misji chrystianizacyjnej, obrazie państwa wczesnopiastowskiego w relacjach zewnętrznych obserwatorów, terytorium państwa Piastów i domniemanemu miejscu pochówku.

Autor przedstawione w pracy ustalenia, mające nierzadko charakter hipotez, ukazuje posiłkując się najnowszymi badaniami innych historyków oraz archeologów.

Kluczowe dla pracy znaczenie mają rozdziały poświęcone pochodzeniu Mieszka I. Autor rozpatruje w nich różne możliwe hipotezy dotyczące początków państwa wczesnopiastowskiego.

View original post 1 361 słów więcej

Wiele znaczeń New Age

Dziennik gajowego Maruchy

„New Age jest kolejną utopią, która nie tylko propaguje nowe ujęcie edukacji, medycyny, sztuki i duchowości, ale i upowszechnia nową wizję, jeśli chodzi o pojmowanie ról społecznych, ekologii i polityki globalnej” – mówi dla PCh24.pl dr Anna Nowakowska (z d. Białowąs), redaktorka książki Abc o New Age (Tychy 2005), Miraże New Age (Kraków 2008), autorka haseł do Powszechnej encyklopedii filozofii (New Age, Rudolf Steiner i in.).

Czym jest New Age? Religią, systemem filozoficznym? A może światopoglądem?

New Age nie jest ani sektą światową, która szukałaby sobie zwolenników, chociaż wiele sekt chętnie się nim inspiruje. Nie jest też religią, mimo że wykorzystuje wiele elementów z różnych systemów religijnych. Nurt ów nie jest także filozofią, nie doszukamy się bowiem u jego początków żadnego filozofa, choć powołuje się na licznych myślicieli, zestawiając ich razem, aby stworzyć wspólne źródło oraz implikuje pewną ukrytą filozofię, pewien sposób pojmowania świata wspólny wszystkim, którzy się doń przyznają…

View original post 949 słów więcej

Papież i papiestwo według FSSPX

ks. Karol Stehlin FSSPX

Niedawno cały Kościół z zapartym tchem oczekiwał na wybór nowego papieża. Oczekiwania były tym większe, im bardziej niespodziewane wydarzenia je poprzedziły. Na niezwykłe okoliczności wyboru papieża Franciszka złożyła się przede wszystkim rezygnacja Benedykta XVI. Nowy papież w chwili wyboru był dla milionów katolików postacią raczej nieznaną. Jego wybór był dla wielu zaskoczeniem. Obserwatorzy od razu zwrócili uwagę na różnice pomiędzy osobowościami Benedykta XVI i Franciszka. W kilku sytuacjach nowy papież wyraźnie otoczenie zadziwił. Jest niewątpliwie postacią wywołującą emocje, postacią medialną.

Jeszcze na dobre nie zagospodarował się na Stolicy Piotrowej, a już przez niektórych został osądzony. Wielu ludzi nie potrafiło opanować skłonności do pośpiesznego oceniania, do zabierania głosu bez głębszego namysłu i należytej wiedzy. Na każdą wiadomość docierającą z Rzymu o papieżu Franciszku, pojawiały się od razu komentarze i krytyczne analizy. Nadeszła wiadomość o przemówieniu papieża: etatowi komentatorzy sklasyfikowali je jako przemówienie w duchu soborowym, ekumenicznym, wręcz synkretycznym. Zaczęła budziła się u niektórych niechęć i rozżalenie. Szybko padły przykre, nieprzyjazne słowa.

Na tym jednak nie koniec. Ludzie przesiąknięci duchem personalizmu często nie potrafią już rozróżnić osoby od urzędu, jaki ona piastuje. Stąd bierze się cały szereg niewłaściwych zachowań. Niechęć do osoby piastującej urząd prowadzi do osłabienia szacunku dla samego urzędu. Katolikom nie wolno negować urzędu papieskiego, ale przecież wiemy, że niektórzy praktykują swoją wiarę tak, jakby Stolica Apostolska po prostu nie istniała, albo jakby im nie była do niczego potrzebna. Najbardziej radykalnym przykładem takiego myślenia jest sedewakantyzm.

Wielu zapomina, że katolicyzm jest z natury swojej rzymski, papieski. I nie mam tu na myśli tylko katolicyzmu tzw. łacinników, czyli wiernych obrządku łacińskiego. Także katolicyzm wiernych obrządków wschodnich, w tym unitów (grekokatolików), jest rzymski. Rzymskość bowiem wyraża się przede wszystkim w stanie świadomości, w sposobie myślenia, reagowania. Nie trzeba koniecznie używać w liturgii języka łacińskiego, by myśleć po rzymsku, choć na pewno myślenie po rzymsku stałoby się niemożliwe, gdyby Kościół zachodni przestał odprawiać Mszę św., sprawować sakramenty i odmawiać brewiarz po łacinie. Jeśli rzeka wyschnie u źródła, to nie będzie jej też przy ujściu do morza.

Rzymskość to przede wszystkim umiłowanie Kościoła personifikowanego na ziemi przez papieża. Rzymskość to ultramontanizm, czyli — pisząc w skrócie — patrzenie na świat przez „rzymskie okulary” — z Rzymu, a dokładnie z bazyliki św. Piotra. Pięknym przykładem ultramontanina był Louis Veuillot, który swym oddaniem dla papieża zawstydzał niejednego liberalnego biskupa we Francji. Idąc za jego przykładem, odnajdujemy swe miejsce nie tylko po stronie christianitas (cywilizacja chrześcijańska), ale także po stronie romanitas (cywilizacja łacińska, rzymska), która tej pierwszej jest najpiękniejszym wcieleniem.

Im częściej oskarża się nas o nieuznawanie papieża, o niechęć i nieposłuszeństwo wobec niego, tym bardziej musimy dawać wyraz naszej rzymskości — romanitas, czyli naszego przywiązania do papiestwa. Uznajemy w Kościele papieża, tak jak dzieci w rodzinie uznają ojca, który oprócz wzlotów może mieć także upadki, obok zalet
— wady, obok sukcesów — porażki. Niezmiennie jednak pozostaje ojcem.

Funkcja papieska w Kościele i ojcowska w rodzinie mają wiele wspólnego. Obie są wzniosłe i obie mają swe umocowanie w samym Bogu. Papież jest naszym ojcem, a wszelkie ojcostwo na ziemi jest echem ojcostwa Ojca niebieskiego i uczestnictwem w jego przymiotach: opatrzności, sprawiedliwości, władzy królewskiej. Ojcostwo jest więc jednym z najbardziej wyrazistych obrazów i podobieństw do samego Boga. Wyraża początek, budowę, kierownictwo i obronę.

Choć przez grzech pierworodny te piękne obrazy Pana Boga są w ludzkich duszach narażone na skażenie, deformację, to jednak zawsze istnieją. Nawet jeśli są ojcowie, którzy sprzeniewierzają się wzniosłej funkcji ojcostwa, to jednak jeszcze więcej mamy budujących wzorów pięknie ucieleśniających ideał ojcostwa. Dzięki temu ludzie na ziemi mogą lepiej zrozumieć, co to znaczy, że Bóg jest Ojcem; a także to, co znaczy, że papież jest ojcem. Godność ojcowska pozostanie zawsze ta sama i każdy, kto na ziemi tą godnością został obdarzony, może wrócić do ideału ojcostwa, jaki znajdujemy w Bogu.

Ojcostwo podobne jest do pięknej muzyki. Muzyka sama w sobie jest wspaniała, ale jeśli odtwórca gra ją niedbale, dźwięki będą sfałszowane. Jednak przez ten fakt dzieło muzyczne nie staje się godne krytyki, a tym bardziej jego kompozytor. Zamiast krytykować muzykę i kompozytora, trzeba wskazać odtwórcy błędy i przedstawić środki pozwalające mu na wierną i wykonaną z należytą starannością grę.

Ileż pięknych słów wypowiedział abp Marcel Lefebvre o katolickim Rzymie! W deklaracji z 21 listopada 1974 roku czytamy: „Całym sercem i duszą należymy do Rzymu katolickiego, stróża wiary katolickiej oraz Tradycji niezbędnej do jej zachowania; do wiecznego Rzymu, nauczyciela mądrości i prawdy”. Książka pt. Aby Kościół trwał ma wymowny podtytuł: Arcybiskup Marcel Lefebvre w obronie Kościoła i papiestwa. To, co abp Lefebvre robił na soborze i po jego zakończeniu, było m.in. obroną Stolicy Apostolskiej i papiestwa. Szczególnie sprzeciw Arcybiskupa wobec kolegializmu był wyrazem miłości do papiestwa. To nas, katolików wiernych Tradycji, zobowiązuje.

Tak jak w rodzinie ojciec może czasem się zachwiać, tak też i w Rzymie może pojawić się tendencja neomodernistyczna i neoprotestancka. Stało się tak, niestety, w dobie ostatniego soboru. Co robić, jeśli ojciec sprzeniewierzy się swej wzniosłej funkcji, jeśli okaże się jej niewierny i wypaczy ją? Co mają zrobić dzieci, jeśli widzą, że ich ojciec wpadł w sidła złego towarzystwa i popełnił jakieś błędy? Walczą o niego, modlą się za niego, ofiarują się za niego. Robią wszystko, aby go uratować. Muszą jego błędom powiedzieć „nie”, ale cały czas jego osobie mówią „tak”. Jeśli nie dociera do niego bezpośrednio to, co mu mówią, to otaczają go tym bardziej troskliwie modlitwami i ofiarami, ufając Bogu, że pomoże ich ojcu wrócić na dobrą drogę.

W przypadku papieża i papiestwa mamy do czynienia nie z funkcją naturalną, przyrodzoną, ale nadprzyrodzoną. A skoro jest ona nadprzyrodzona, to nieskończenie wyższa, bardziej godna czci od tego, co przyrodzone. W Kościele katolickim wymagane jest, aby szanować ład, opierający się nie na doskonałości moralnej poszczególnych osób, jak to jest w porządku aniołów, ale na obiektywnym podziale władzy, której ognisko skupia się w urzędzie głowy Kościoła. „Ty zaś musisz wiedzieć, że jesteś nazwany najwyższym nie ze względu na pełnię doskonałości, lecz ze względu na porównanie z innymi mocarzami świata. A nie myśl, że porównuję zasługi, porównuję funkcje. Niech każdy człowiek widzi w Tobie sługę Chrystusa, i to najwyższego pośród sług, co jednak — jak powiedziałem — nie przesądza o czyjejkolwiek świętości” — nauczał św. Bernard z Clairvaux papieża Eugeniusza III.

Godność papieską musimy na nowo odkryć. Trzeba nam sobie na nowo uświadomić, że papież ma najwyższą władzę na ziemi — nie kolidują z tym przywary czy nawet wady poszczególnych papieży. Święci doskonale łączyli miłość do papieży ze świadomością, że nie są oni aniołami i czasami wiedli nawet gorszący tryb życia. Nigdy jednak nie głosili wśród ludu błędów w wierze. W porównaniu z monarchami świeckimi, a tym bardziej z urzędnikami republikańskimi czy innymi „reprezentantami ludu”, poczet papieży jawi się jako orszak niemal anielski.

Oto św. Katarzyna ze Sieny przejęta kłopotami, z jakimi borykał się papież Urban VI, pisała do niego: „Ach, Ojcze Święty, nie trać cierpliwości, słuchając mnie, gdyż mówię ci o tym wszystkim ze względu na chwałę Bożą i na Twoje zbawienie. Tak właśnie powinno zawsze czynić kochające i czułe dziecko, które nie może spokojnie patrzeć na coś, co przynosi szkodę i wstyd własnemu ojcu. Troskliwe dziecko stoi zawsze przy boku ojca i uważnie rozgląda się dokoła, wiedząc, że ojciec, który rządzi liczną rodziną, nie może widzieć wszystkiego. Gdyby zatem prawowici synowie nie dbali o jego honor i majątek, byłby on często oszukiwany. Tak, Ojcze Święty, taka jest prawda. Jesteś ojcem i władcą powszechnej religii chrześcijańskiej, a my wszyscy chronimy się pod skrzydłami Waszej Świątobliwości. Masz władzę nad wszystkim, ale nie możesz wszystkiego widzieć, toteż Twoi synowie, ze szczerym uczuciem i bez służalczego lęku, powinni zadbać i zatroszczyć się o to, co przynosi Bogu chwałę, a Tobie oraz owcom zgromadzonym pod Twoim berłem — honor i zbawienie”.

O wzniosłości papieskiej funkcji świadczą określenia: Vicarius Christi in terra, Suprema jurisdictio, Suprema potestas. W jednej osobie potrójna władza: kapłana, nauczyciela i króla, czyli władza uświęcania, nauczania i rządzenia. Jej symbolem jest tiara, której trzy korony wyrażają również władzę, jakiej nad niebem, ziemią i czyśćcem udzielił papieżowi sam Bóg. Dziś już papieże nie noszą tiary, usunęli ją nawet ze swych herbów. Pozostała jeszcze — na szczęście — w herbach Stolicy Apostolskiej i Państwa Watykańskiego. Herby te różnią się od siebie ułożeniem kluczy św. Piotra. To właśnie tymi kluczami — czyli władzą otrzymaną od Boga — każdy papież, tak jak niegdyś św. Piotr, może otwierać lub zamykać wiele bram w niebie, na ziemi i w czyśćcu.

Czcić papiestwo to czcić samego św. Piotra Apostoła, ponieważ Stolica Apostolska jest Stolicą Piotrową. Papież zaś jest ojcem wszystkich ojców na ziemi. Kolejni papieże są następcami właśnie św. Piotra. Dobrze znamy tego apostoła z kart Ewangelii. Znamy również jego słabości, pomimo których to właśnie jego Pan Jezus uczynił Swoim zastępcą na ziemi. Jeśli więc św. Piotr przeżywał chwile wahań i porażek, to nie dziwmy się, że podobne sytuacje mogły się zdarzyć w życiu jego następców na stolicy biskupiej w Rzymie.

Kryzys w Kościele jest zawsze kryzysem papiestwa. Takich kryzysów podczas dwóch tysięcy lat historii Kościoła było kilka, choć ten najgroźniejszy dotknął Kościół w dobie ostatniego soboru i w okresie posoborowym. Czy z tego powodu może osłabnąć nasza miłość do samego Kościoła i Stolicy Apostolskiej? Pomimo strasznej agonii Kościoła, jego cierpień i wielu krwawych ran, nie przestaniemy go kochać. Co więcej, powinniśmy go kochać jeszcze bardziej niż dotychczas.

Znam rodziny, których członkowie płaczą, ponieważ ojciec stracił wiarę, załamał się, został alkoholikiem, popełnił fatalny błąd i wciągał całą rodzinę w bardzo trudną sytuację. Jakie może być pouczenie każdego kapłana dla takiej rodziny? Będzie to wezwanie do modlitwy za takiego ojca, o jego nawrócenie i opamiętanie. Kapłan wskaże z historii Kościoła przykłady cudownych nawróceń w wyniku modlitw i ofiar dzieci, żony, krewnych. Przede wszystkim będzie napominał, by rodzina za nic w świecie nie pogardzała swoim ojcem, lecz jeszcze bardziej modliła się za niego.

Jeśli ojciec jest chory, ciężko chory, to czy kiedykolwiek słyszano, aby dobra rodzina opuściła go z tego powodu, że ciężko zachorował? A nawet jeśli on sam stał się przyczyną swej choroby, to przecież chorego nie wolno opuszczać, należy się nim zaopiekować. Z drugiej strony dobro rodziny wymaga realizmu. Nie wolno widzieć, a nie wyciągać wniosków. Szacunek i miłość do chorego ojca nie polega na tym, by negować istnienie jego choroby i twierdzić, że wszystko jest w porządku.

Nietrudno sytuację wielu rodzin przez analogię odnieść do obecnego kryzysu w Kościele i papiestwie. Ciężka trucizna od niemal 50 lat zatruwa doktrynę, liturgię, kapłaństwo i wiernych Kościoła. Wszyscy tą neomodernistyczną, neoprotestancką, progresywną i liberalną trucizną jesteśmy dotknięci, od najmniejszego w Kościele do najwyższego — do Ojca Świętego w Rzymie. Jednak to nasz Kościół, to nasz ojciec. Nie mamy innego Kościoła i innego ojca na świecie! Im bardziej więc widzimy, że Ojciec Święty milczy wobec kryzysu w Kościele, albo nawet ten kryzys poprzez swoje postępowanie pogłębia, tym bardziej trzeba nam wszystko czynić, co w naszej możności, aby ratować rodzinę, jaką jest Kościół. Rodziny uratować się bez ojca nie da. Jakie są nasze możliwości? Czy jesteśmy soborem powszechnym? Czy jesteśmy może samą Opatrznością Bożą? Nie, ale Bóg naszym pragnieniom dopomożenia Ojcu Świętemu może dodać skuteczności.

Tak więc na drogowskazie naszego katolickiego życia widnieją hasła: kochać papiestwo, bronić papiestwa, oddać — jeśli będzie trzeba — życie za Kościół, a więc przede wszystkim za papiestwo. Odrodzenie może nastąpić tylko na zasadzie reformy głowy. Jeśli jednak już nie wiemy, czym ta głowa w ogóle jest, to jak mamy ją wesprzeć? Jeśli mamy niechęć to samej instytucji papiestwa, to jakże możemy być jego obrońcami? Jak wtedy przyczynić się do jego uzdrowienia? Jak przyczynić ma się syn do uzdrowienia swego ojca, jeśli ma niechęć do niego i wyrzuca go ze swego serca? Nawet jeżeli jako wierni katolickiej Tradycji jesteśmy czasami piętnowani przez hierarchów, to tym bardziej powinniśmy do Kościoła i do Ojca Świętego przylgnąć duchowo, składać w jego intencji ofiary. Środkiem, dzięki któremu możemy najpełniej realizować tę powinność, pozostaje modlitwa i pokuta.

Święta Katarzyna ze Sieny na wieści o narastającym kryzysie Kościoła i papiestwa wołała: „Oj, biada mi, biada, nieszczęsna moja dusza, przyczyna wszelkiego zła!”. W grzechach widziała przyczynę nieszczęść trapiących Kościół. Taka postawa uświadamia nam, gdzie mamy szukać pobudki do apostolatu. Oczyszczanie naszych dusz, naszych intencji, trwanie w stanie łaski uświęcającej, mogą realnie przyczynić się do wzmocnienia całego Kościoła i pomóc papieżowi w pełnieniu jego obowiązków.

Ojcu Świętemu będzie tym łatwiej walczyć ze złem, im bliżej świętości będziemy my sami. Walka z pewnością nie będzie mu oszczędzona, dlatego ważne jest, aby w tej bitwie nie był samotny. Dlatego wzywam Was do modlitwy za Ojca Świętego!

Arcybiskup Lefebvre mówił kiedyś: „Jesteśmy jak najdalsi od wahań, czy powinniśmy się modlić w intencji papieża. Przeciwnie, podwoimy raczej nasze modlitwy i błagania, by Duch Święty zechciał dać mu światło i moc potrzebne w dziele umacniania i obrony wiary”. Im trudniej dzieje się w Rzymie, tym więcej musimy modlić się osobiście oraz wspólnotowo w naszych kaplicach i kościołach.

Powtórzę, że władza papieska jest władzą nadprzyrodzoną, a w świecie nadprzyrodzonym wszystko od modlitwy zaczyna się i jest od niej zależne. Dlatego pilnujmy swoich myśli, nie zatrzymujmy się jedynie na zewnętrznych obrazach czy słowach. Jeśli z powodu obiektywnych przyczyn — a są nimi czyny najwyższej władzy przeciw niezmiennej katolickiej nauce, jak np. ekumenizm czy kolegializm — jesteśmy zmuszeni przeciwstawić się papieżowi, to taka postawa niech nas zawsze napawa bólem. A ponadto zachowujmy wobec władz duchownych szacunek należny ich wysokiemu urzędowi.

Sam Pan Jezus nauczał, że jeśli musimy odmówić posłuszeństwa zwierzchnikom, to jednak musimy ich szanować z powodu nadanej im przez Pana Boga godności (por. Mt 23, 2—3). Dlatego za przykładem św. Augustyna i św. Maksymiliana, stosujmy zasadę: miejmy nienawiść do błędu, ale kochajmy tego, który błądzi.

W odniesieniu do bliźnich powinniśmy się starać zawsze zachowywać ducha prawdziwie chrześcijańskiego, a on charakteryzuje się realizmem i obiektywizmem. Te dwie cechy znajdują swój wyraz w respektowaniu polecenia Pana Jezusa: „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni” (Łk 6, 37). Nie osądzajmy więc ludzkich intencji, bowiem zna je tylko sam Bóg. My natomiast możemy jedynie odnieść się do zewnętrznych czynów, zgodnie z Jezusowymi słowami: „Po owocach ich poznacie” (Mt 7, 16).

Czyny ludzkie muszą być więc rozważane i oceniane, także czyny ojca. Zgubnym poleceniom trzeba odmówić posłuszeństwa, ale zawsze należy to zrobić tak, by każdy jasno widział, że naszą intencją nie jest lekceważenie ojca, a jedynie obowiązek wyższego posłuszeństwa wobec samego Boga oraz naprawienie nadużyć władzy, jakie Jego ziemski Wikariusz popełnił. Jest to postawa głębokiej życzliwości, choć wyrażonej w postawie sprzeciwu.

Nie każdy, kto władcy mówi „nie”, jest rewolucjonistą. Gdy papież Paweł VI pozbywał się swej zewnętrznej oznaki nadprzyrodzonej godności — tiary — wielu katolików, boleśnie wstrząśniętych tym czynem, w duszy sprzeciwiło się temu. Czasami zdarza się, że sam król przyłącza się do rewolucji, a jego poddani bronią porzuconej korony, by mu ją oddać z powrotem, gdy on się opamięta. Życzliwość wobec błądzącego ojca zawsze jest wartością, zawsze przynosi słodkie owoce, choć czasami trzeba na nie poczekać. Surowe potępianie wszystkiego rzadko zmienia sytuację na lepsze.

Jeśli będziemy musieli odmówić posłuszeństwa — a przecież może się zdarzyć, że broniąc wiary, będziemy musieli to uczynić — dokonajmy tego aktu z wielkim bólem w sercu, z rozdartą duszą, z ogromnym smutkiem. Serca będą się karmiły w takiej sytuacji nadprzyrodzoną miłością do ojca, który oddala się od istoty swego ojcowskiego powołania. Jeśli będziemy musieli nawet publicznie postawiać mu opór, to serce nam będzie łkało z tego powodu, bo przecież to jest nasz ojciec.

W takiej sytuacji był św. Paweł, gdy musiał św. Piotrowi powiedzieć „nie”. W Liście do Galatów czytamy: „Gdy zaś Kefas przyszedł do Antiochii, wręcz mu się sprzeciwiłem, gdyż był wart nagany” (Ga 2, 11). Tak, w tamtej chwili Kefas „był wart nagany”, ale jednocześnie zawsze był wart miłości. Święty Paweł okazał mu i jedno, i drugie, upominając go z miłością należną wobec ojca.

Taka postawa jest zadaniem niezmiernie trudnym, bardzo przeciwnym naszej ułomnej naturze, ale przecież mamy ku pomocy Niepokalaną. Zatem do Niej zwracajmy się z błaganiem o siły. Ona w Fatimie dała nam wzór miłości do papieża i papiestwa. Hiacynta, której Maryja ukazała wizję papieża, z przejęciem opowiadała Franciszkowi i Łucji to, co ujrzała: „Zobaczyłam Ojca Świętego w bardzo dużym domu. Klęczał przy stoliku, miał twarz ukrytą w dłoniach i płakał. Na zewnątrz było dużo ludzi, którzy rzucali nań kamieniami, inni wykrzykiwali i wymawiali brzydkie słowa. Biedny Ojciec Święty, musimy się bardzo za niego modlić”.

Kiedyś abp Lefebvre, mając na uwadze katolicką Tradycję, prosił papieża Jana Pawła II, a my dziś prosimy papieża Franciszka: „Ojcze Święty, przez chwałę Jezusa Chrystusa, przez dobro Kościoła i zbawienie dusz, prosimy Cię żarliwie, byś jako następca św. Piotra, jako pasterz Kościoła powszechnego rzekł biskupom całego świata tylko jedno słowo, tylko jedno zdanie: «Nie przeszkadzajcie im», «Aprobujemy swobodę wykonywania tego, co wielusetletnia Tradycja czyniła dla zbawienia dusz»”.

Nie możemy zapominać, że bez względu na błędy swego widzialnego i tymczasowego zastępcy, to Chrystus Pan rządzi Kościołem. I to On ma moc i siłę, aby zwyciężyć wroga dusz. Dlatego zwracajmy się do Niego i Jego Niepokalanej Matki, trwając w modlitwie i pokucie w intencji Ojca Świętego. I parafrazując słowa św. Ambrożego, skierowane do św. Moniki, gdy ta płakała nad losem niewierzącego jeszcze wówczas Augustyna, wciąż sobie powtarzajmy: „Ojciec tylu łez nie może nie wrócić do apostolskiej Tradycji katolickiej”.

Niech szczególnie w obecnych czasach tak głębokiego kryzysu papiestwa towarzyszy nam modlitwa wyjęta z Litanii do wszystkich świętych: „Wszechmogący, wieczny Boże, zmiłuj się nad sługą Swoim, najwyższy Pasterzem naszym Franciszkiem i prowadź go wedle Swej łaskawości po drodze zbawienia wiecznego, aby za łaską Twoją pragnął tego, co się Tobie podoba, i z całą mocą wypełniał”.

Źródło : http://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/1817

Jakby co tekst odnalazłem na stronie Gajowego Maruchy . Od czasu do czasu w kraju katolickim wypada puścić katolicki tekst. To taka moja poprawność polityczna. Oczywiście z punktu widzenia teologi protestanckiej zawiera pewne błędy, ale jak już napisałem jest to tekst katolicki, a nawet tradycyjnie katolicki.
SyøTroll

Narzędzia zbrodni

Każdy okres historii miał swoje metody kar i tortur. Nawet wówczas, gdy chrześcijaństwo rozpowszechniło się na świecie, nie ustał rozlew krwi. Oprawcy czynili swoją powinność w imieniu księcia, papieża lub rządu. Życie ludzkie było tanie, a ludzkie cierpienie nie miało żadnej wartości.

Kiedy Kościół rzymskokatolicki został ogarnięty szałem nienawiści do heretyków, wypowiedziano im krwawą wojnę, w której zginęły ich tysiące. W obronie cnoty i wiary zapłonęły stosy. Kościół wykorzystał wszystkie znane sobie od lat metody, by na heretykach wymusić przyznanie się do winy. Przez lata walki z heretykami metody te usprawnił i wzbogacił.

Już w X i XI wieku za sprawą Rzymu podejmowano akcję przeciwko heretykom. Papież Innocenty III uznał, że Kościołowi zagraża herezja realnie, dlatego też nadszedł czas, by podjąć działania, które doprowadzą do jej zniszczenia. W latach 1204 – 1213 papież wydał cztery dekretalia, upoważniające biskupów do podejmowania kroków przeciw herezji, zanim jeszcze sama się rozprzestrzeni. Powołano specjalnych urzędników, zwanych inkwizytorami, którzy mieli prawo wstrzymania i prowadzenia śledztw. Następca Innocentego, Grzegorz IX, usprawnił działalność inkwizycji. W 1224 roku zatwierdził wyroki śmierci na heretyków w Lombardii, demonstrując w ten sposób nie tylko swoje nieprzejednane stanowisko, ale i wskazując na formę walki z herezją w całej Europie. Papież Grzegorz IX był przekonany, że każdy, kto odwrócił się od Kościoła katolickiego, powinien umrzeć.

Jako ze biskupi początkowo nie wykazywali nadmiernej gorliwości w walce z heretykami, zadanie to powierzono pełnym zapału w tym względzie dominikanom i franciszkanom. Wykonywanie tortur początkowo zlecano ludziom świeckim, ale w roku 1256 papież wydał bullę zezwalającą na stosowanie ich przez duchownych, co miało być bardziej skuteczne. Dzięki inkwizycji Kościół realizował tylko własne cele. Zadaniem inkwizytorów było uzyskanie od heretyków przyznania się do winy. Dobór metody zależał tylko od oprawców. Kościół posiadał pełne uprawnienia śledcze i podejrzanych nie przekazywał już władzom świeckim. Od momentu posądzenia o herezję nie mieli oni żadnych praw obywatelskich. Majątki ich były natychmiast konfiskowane, pomnażając tym samym bogactwo Kościoła. Zyskiwali na tym także inkwizytorzy. Nic, więc dziwnego, że biskupi, początkowo odnoszący się z rezerwą do walki z heretykami, dołączyli z czasem do inkwizytorów w zamian za konkretne materialne zyski.

Władze kościelne przekazywały heretyka w ręce urzędników państwowych dopiero wówczas, gdy ten przyznał się do winy. Urzędnikom państwowym pozostawiali wymierzenie kary. Duchowni nie chcieli być posądzeni, o to, że ich ręce są splamione krwią. Dbali o swoją reputację w oczach ludu.

Inkwizytorzy wędrowali po Europie od miasta do miasta. Złoty krzyż był ich nieodłącznym atrybutem. Po przybyciu do miasta spotykali się z biskupem, duchownymi i ludem. Ich zadaniem było oczyścić z heretyków miasto i przyległe tereny. Inkwizytorzy sami wyznaczali przysięgłych do swych niezależnych sądów. Dobierano ich, w zestawie od dwudziestu do pięćdziesięciu osób, spośród tak zwanych porządnych ludzi. Byli wśród nich księża, były także osoby świeckie. Najważniejszym warunkiem i zarazem kryterium doboru była odraza do heretyków. Do stwierdzenia winy potrzebne były zeznania dwóch świadków. Zawsze znaleźli się usłużni donosiciele. Zadenuncjować heretyka mógł każdy, nawet kryminalista. Zeznania takiego świadka stanowiły pełnowartościowy dowód w procesie. Drugiego świadka nietrudno było znaleźć. Zawsze można było go przekupić – albo też zmusić torturami – by potwierdził zeznania pierwszego.

Oskarżony teoretycznie nie pozostawał bez szans. Zamykano go najpierw w jego własnym domu i poddawano intensywnemu przesłuchaniu. Jeżeli nadal odmawiał odstąpienia od herezji, doprowadzono go przed inkwizycję. Obrońcę zapewniała mu tylko władza papieska. Każdy inny prawnik, który podjąłby się obrony, oskarżany był o taką samą zbrodnię.

Inkwizytorzy byli zaślepieni nienawiścią i żądzą zysku. Upajali się swoją władzą. W ich fanatyzmie nie było miejsca na sprawiedliwość. Jedynym ich celem było zmuszanie ofiar do przyznania się do winy. Cel uświęcał środki. Nie przyznanie się do herezji oznaczało, że oskarżony nie chce się wyrzec swojej wiary.

A oto niektóre rodzaje i narzędzia tortur – odtworzone na podstawie starych sztychów, bądź opisów w literaturze.

Stelaż tortur – przywiązywano doń ofiarę za przeguby rąk i kostki nóg. Specjalne walce powodowały rozciąganie ciała w przeciwnych kierunkach, aż do zerwania ścięgien i popękania kości.

„Żelazna dziewica” z Norymbergii – to pudło podobne do trumny z rozkładanymi drzwiami. Po ich zewnętrznej stronie znajdowały się ostre kolce. Człowiek zamknięty wewnątrz kłuty był nimi po całym ciele, co powodowało zranienie wnętrzności, wykłucie oczu oraz ogólne wykrwawienie. Torturom w „żelaznej dziewicy” poddawano kobiety posadzone o czary, ale z urządzenia tego z upodobaniem korzystano również w torturowaniu heretyków.

Przyrząd do miażdżenia kciuka – narzędzie, którym kciuk miażdżono tak sprawnie jak orzech.

Strappado – urządzenie pozwalało ofiarę powiesić za przeguby rąk, a przywiązane do kostek nóg ciężary powodowały wyrywanie kończyn ze stawów.

Do parzenia wapnem skóry i przypalania genitaliów nie trzeba było specjalnych urządzeń.

Próba ognia – polegała na przeniesieniu rozgrzanej do czerwoności żelaznej sztaby, ważącej od połowy do półtora kilograma, na odległość około trzech metrów.

Inny rodzaj próby polegał na przejściu oskarżonego po rozżarzonych do czerwoności węglach. Po kilku dniach dokonywano oględzin stóp i orzekano o winie. Oskarżony, który po oparzeniach miał otwarte rany, uznawany był za winnego.

Stosowano także rozgrzane kleszcze. Wierzono, że człowiek niewinny odporny jest na działanie ognia, ponieważ Bóg zapewnia niewinnym ochronę.

Próba wody – polegała na wlewaniu do gardła takiej ilości wody, by w ofiary wywołać uczucie, że się ona topi.

Więzienia – dostawali się do nich ci, którzy na torturach przyznali się do winy i obłożeni zostali grzywną a nie mogli jej spłacić. Więziono w cuchnących celach – niekiedy w izolatkach. W celach zbiorowych przykuwano skazańców do ściany łańcuchami – jednego obok drugiego.

Koło – było popularne we Francji i w Niemczech. Łamanie kołem było śmiercią w mękach i przypominało ukrzyżowanie. Heretyka doprowadzono na szafot, tam zdzierano z niego odzież, następnie przywiązywano do koła leżącego na szafocie, rozciągając go pomiędzy szprychami a piastą. Kat przystępował do tłuczenia żelaznym drągiem tak, aby kolejno łamać kości ofiary. Sprawny kat potrafił tego dokonać, nie naruszając skóry. Następnie koło ustawiano pionowo, by zgromadzony tłum mógł lepiej obserwować agonie skazańca. Gdy ofiara od zadanych ciosów nie zmarła, kat kończył jej mękę kilkoma uderzeniami w klatkę piersiową. Niekiedy katusze potęgowano, tocząc koło przez płomienie lub ostre kolce.

Płonące stosy – przeznaczone były dla wyjątkowo zatwardziałych heretyków, którzy przeszli już inne tortury, a nie doprowadziły one do śmierci ofiary. Zwyczajowo najczęściej były stosowane wobec kobiet uznanych za czarownice.

Mazzatello – to kara śmierci wykonywana przy użyciu drewnianego młota (zwanego mazzą) i noża. Duchowny doprowadzał skazanego na szafot ustawiony w publicznym miejscu. Skazańca, obróconego twarzą do widzów, zachodził kat z tyłu i uderzał z całej siły mazzą. Gdy ofiara padła ze zmiażdżona czaszką, kat nożem podcinał jej gardło. W ten sposób wykonywano karę śmierci w państwie papieskim.

Garota była tym samym, co powieszenie. Kaci jednak tak manipulowali sznurem, by ofierze zadać jak najwięcej cierpień.

O herezje oskarżano także zmarłych. Wykopywano pogrzebane już ciała, obwożono je po mieście i palono na stosach. Inkwizytor Bernard Gui w okresie pełnienia swojej funkcji uznał za heretyków osiemdziesięciu ośmiu zmarłych i ciała ich nakazał spalić na stosie. Z jego rozkazu w płomieniach poniosło też śmierć pięciuset czterdziestu ośmiu żyjących.

Heretycy po odbytych torturach prowadzeni byli przed oblicze władz, które wyznaczały im karę ostateczną. Inkwizytorzy prosili wówczas władze o łaskę dla winnych, ale nie ułaskawiono nikogo. Niep9isana umowa stanowiła, że miejski lub królewski sąd, który nie wymierzy heretykowi kary śmierci, zostanie natychmiast obłożony klątwą. Majątki ofiar naturalnie konfiskowano.

Według inkwizytorów światu zagrażali nie tylko heretycy, ale także i czarownice. Inkwizycja wynajdowała ich niezliczone rzesze. Papież Innocenty VIII był przerażony „epidemią” czarownic w Europie. Najwięcej spalono ich w Niemczech. W dwudziestu dwóch miasteczkach w pobliżu Trieru, w Nadrenii, w ciągu sześciu lat spłonęło trzysta sześćdziesiąt osiem kobiet. Większość kobiet spalono na stosie, jednak, co bardziej wyrafinowani kaci wynajdowali coraz to nowe sposoby tortur i pozbawiania życia.

I tak czarownice poddawano próbom: łez, wody, szpilek, ognia i wagi. Były to ordalia, czyli „sądy boże”.

Próba wody nie dawała kobiecie posadzonej o czary żadnej szansy ujścia z życiem. Gdy pławiona z kamieniem u szyi tonęła – oznaczało to jej niewinność. Gdy unosiła się na powierzchni, czemu sprzyjały ówczesne ubiory – oznaczało to jej związek z czarną magią, ponieważ ciało nie chciało się zanurzyć w wodzie, która była chrzczona.

Inna metoda śledcza polegała na goleniu całego ciała i poszukiwaniu znamienia szatana – miejsca nieczułego na ból. W znalezione znamię wkłuwano szpilkę głęboko, aż do kości. Posiadanie znamienia świadczyło niechybnie o kontakcie z diabłem.

Próba łez miała udowodnić, że czarownica jest nieczuła na ból, nie umie płakać nawet podczas wymyślnych tortur. Inkwizytorzy twierdzili przy tym, że czarownice nie ronią łez, dlatego, ponieważ służą one grzesznikom do zmywania grzechów. Jednak, gdy nawet ofiara zalewała się łzami, nie świadczyło to jeszcze o jej niewinności. Inkwizytorzy, bowiem dokonywali oceny i orzekali, które z łez były prawdziwe, a które udawane.

Próba wagi miała natomiast wykazać, że czarownice są lekkie jak piórko. Zamiast odważnika kładziono na szalę Biblię. Jeżeli czarownica okazywała się cięższa, podejrzenie było słuszne. Tylko, gdy szale równoważyły, poddawana próbie uznawana była za oczyszczoną z zarzutów. To się oczywiście nie zdarzało.

Próba ognia nakazywała przejście przez szpaler ognia. Kiedy kobieta zapłakała bądź zapaliła się lub mnie miała znamienia, przypisywano to jej czarom, przypisywano to jej czarom szatańskim. Każdy wynik był zły.

Posadzone o czary kobiety zamykano w ciasnej beczce pełnej święconej wody. Używano też tzw. krzesła czarownic, zwanego też tronem dziewiczym. Było to krzesło wyposażone w kolce drewniane lub metalowe oraz metalowe uchwyty na ręce, nogi, głowę – od spodu podgrzewane. Dodatkowo kobietę chłostano, szczypano i przypalano.

Stosowano także inne narzędzie tortur, tak zwaną gruszkę. W zależności od kategorii przestępstwa wkładano ją bądź to do gardła, odbytu albo do pochwy, po czym uwalniano sprężynę lub śrubę, która rozwierała to urządzenie. Posądzenia o stosunki z szatanem karano otwarciem gruszki w pochwie. Mało, która kobieta miała szansę to przeżyć. Dla torturowania rzekomych czarownic używano także łoża sprawiedliwości, czyli ławy najeżonej kolcami.

Dla ułatwienia doboru technik przeprowadzania przesłuchań został opracowany poradnik zatytułowany „Malleus maleficarum” (Młot na czarownice). Autorem dzieła był dominikanin, Jakub Sprengera, niezwykle doświadczony inkwizytor, popierany ze wszech stron przez swój groźny i silny zakon. Sprenger stworzył książka najbardziej kompletną i kompetentną. Po dawnych księgach pokutnych czy podręcznikach tropienia grzechu przeznaczonych dla spowiedników, opracowano directoria uczące tropić herezję i czarodziejstwo, uznane za największe grzechy. „Młot na czarownice” służył Sprengerowi podczas jego misji w Niemczech. Pozostał także źródłem wiedzy i światłem trybunałów inkwizycji. Już na samym początku swego podręcznika dla sędziów Sprenger uznaje najmniejszą wątpliwość za herezję. Sędzia w ten sposób miał związane ręce. Czuł, że nie wolno mu się potknąć i że nie może mieć żadnej pokusy wątpliwości lub miłosierdzia. Gdyby taka się pojawiła, musiałby zacząć od skazania na stos i spalenie samego siebie.

Źródło: http://publicdisorder.wordpress.com/2010/09/26/zbrodnie-w-imieniu-chrystusa/

Wolter obliczył, że w imię wiary 9 468 800 chrześcijan straciło życie za sprawą innych chrześcijan. Większość z nich to ofiary inkwizycji.

Tak zwani „heretycy”

Od początku istnienia, a ściślej od czasu pierwszych synodów, Kościół rzymski przypisywał sobie prawo osądzania i potępiania tego, co uważał za herezję lub schizmy. Herezją zwykło się przy tym nazywać poglądy grupy chrześcijan, które odstępowały od ortodoksji ustalonej przez zwierzchność kościelną. Natomiast schizma (z greckiego) oznaczała rozłam. Dla Kościoła rzymskokatolickiego schizma było każde wyznanie chrześcijańskie, które odrzucało zwierzchnictwo Rzymu. Sam fakt odrzucenia supremacji rzymskiej uznaje się za heretycki, jako sprzeczny z doktryną katolicką. I choć miedzy schizmą a herezją istnieje różnica, jednak w oglądzie z zewnątrz i tak zwanej praktyce życia pojęcia te trudno wyodrębnić czy od siebie rozdzielić. Każda, bowiem doktryna odstępująca choćby częściowo od oficjalnej uznawana była za herezję. Dzisiaj wprawdzie nikt już nie staje przed sądem św. Inkwizycji, tym niemniej wyznawcy innych konfesji nadal uważani są za „zbłąkane owieczki”.

U progu trzeciego tysiąclecia chrześcijanie nie chcą się już w imię Chrystusa wzajemnie zabijać, wojny religijne – przynajmniej na zachodzie – nie cieszą się popularnością, tendencja do jednoczenia się wszystkich chrześcijan przybrała szlachetną nazwę ekumenizmu. Nie znaczy to jednak, by na drodze „zbłąkanych owieczek” nie pojawiały się kłody.

Założeniem tego rozdziału, podobnie jak i poprzednich, nie jest prowokacja czy obraza Czytelników ani chęć osłabienia ich wiary. Nie naruszamy też fundamentów Kościoła. Obalamy tylko pewne mity w imię prawdy, którą chcemy przedstawić lub przypomnieć. Bowiem tak w przeszłości, jak i dzisiaj, znajdziemy świętych i zbrodniarzy, ludzi mądrych i groźnych szaleńców, którzy w imię prawdy, nazywanej miłością lub ideą, realizowali tylko swoje indywidualne, często wręcz paranoiczne cele, żądając od ludzi ofiar i poświęcenia. Posługiwano się przy tym od lat podobnymi a nawet jednakowymi metodami. Nie ma, więc racji bytu pogląd, że systemy państwowe, stworzone do eksterminacji narodów, są wymysłem współczesności.

Można było pokusić się o tezę, że czy to w latach hitleryzmu, stalinizmu, czy w czasie eksterminacji Indian posługiwano się tymi samymi metodami, jak na przykład w okresie działalności inkwizycji. Zwalczano wszystkich, którzy ośmielali się mieć inne zdanie lub wątpić w oficjalnie głoszoną i obowiązującą ideę.

Męczeństwo było i jest w Kościele rzymskokatolickim aktem wiary. Kościół przez całe wieki żądał od swych wiernych ofiar. One miały być dowodem prawdziwej wiary, bez względu na formę i postać, jaka przybierały.

Tropiąc herezję, odkrywamy mechanizmy działań, poznajemy ich pokrętną logikę, być może w rozumieniu Kościoła bluźnimy, ale przyczyniamy się też do tego, by oddzielić ziarno od plew, by w doktrynie Kościoła odnaleźć to, co jest autentycznym dobrem i prawdziwą pobożnością. Czasy się wprawdzie zmieniły, ale Kościół katolicki nadal pozostał wierny swojej doktrynie i dogmatom, nie wycofał się dotąd z żadnego ze swoich wcześniejszych wyroków i potępień dotyczących herezji. Można heretyka starać się zrozumieć, nawet wybaczyć mu, ale nie znaczy to, że herezja mogłaby być akceptowana. Na tym polega ciągłość tradycji Kościoła rzymskiego – niczego nie odwołano, choć zmieniono ton wypowiedzi. Można byłoby się z tym zgodzić czy przyjąć w pokorze, jako przeszłość historyczną, jako okres „błędów i wypaczeń”, gdyby nie pamięć o płonących stosach i zeznaniach wymuszanych przez trybunał św. Inkwizycji.

Dzisiaj brak jakiegokolwiek uzasadnienia, by poglądy heretyków uważać za zbrodnie, karać ich za nie torturami i śmiercią. A jednak w średniowieczu Kościół rzymskokatolicki opanował istny szał nienawiści do heretyków. Wypowiedziano im krwawą wojnę, podczas której zginęły ich tysiące. To tylko jeden z przypadków w historii, gdy żarliwa i ślepa wiara występując w obronie cnoty i prawdy, ginęła w mordach i krwi. Kościół stawał się coraz bardziej bogaty i chciwy, mnisi i dostojnicy kościelni lubieżni i okrutni, a nadto także skorumpowani. Coraz trudniej było znaleźć wśród duchownych ludzi przestrzegających głoszonych przez Kościół zasad miłosierdzia, ubóstwa, czystości. Papieże dążyli do niepodzielnego panowania nad światem chrześcijańskim. I tylko kwestią czasu stało się, kiedy ich racje zaczęto poddawać w wątpliwość.

Przyjrzyjmy się niektórym faktom.

Mani (Manes) urodził się około 215 roku w Mezopotamii. Jego uczniowie twierdzili, że był Persem pochodzącym z królewskiego rodu. Był uczonym – astrologiem i matematykiem, a także lekarzem i malarzem. Niektórzy historycy twierdzą, że był początkowo kapłanem chrześcijańskim, broniącym swojej religii przeciwko żydom i magom. Potem zaczął głosić własną doktrynę, za co został wykluczony ze wspólnoty chrześcijańskiej. Podróżował po Azji Centralnej, Indiach i Chinach. W końcu wrócił do Persji i żył na dworze króla Szapura I. Kiedy władca zagroził mu śmiercią, prorok zbiegł. Wrócił do Persji, gdy na tron wstąpił jego protektor Hormizdos I. Gdy ten jednak zmarł i na tron wstąpił król Bakram I, Mani został uwięziony i skazany na śmierć. W 277 roku został ukrzyżowany, obdarty ze skóry, a potem rozpłatany na dwie symboliczne części. Ówcześni chrześcijańscy historycy podają, że Mani został uwięziony, ponieważ nie zdołał wyleczyć syna Szapura I.

Manicheizm całkowicie odrzucał Stary Testament, jako niegodny Boga, a z Nowego Testamentu przyjmował tylko to, co zgadzało się z jego doktryną. Manichejczycy odrzucali Dzieje Apostolskie, Drugi List św. Jana, a także jego Apokalipsę. Doktryna manichejska była dualistyczna. Zgodnie z nią rządami nad światem podzieliły się dwie równorzędne i obdarzone równą siłą pierwiastki: Zła (Ciemność) i Dobra (Jasność). Jeden jest duchowy, drugi – materialny. Ciemność chciała wciągnąć Jasność, czyli wartości duchowe miałyby być wchłonięte przez materię. Niebiańskim królestwem Jasności włada dobry Bóg – Ojciec. W jego sąsiedztwie znajduje się królestwo Ciemności, którego panem jest Książę Ciemności. Bogu Zła podlegają demony. Ten wrogi Świat Zła nie został stworzony przez dobrego Boga. Swą złą substancję uzyskał sam z siebie i trwa w wiecznej opozycji do Królestwa Światłości. Stworzenie ziemskiego świata jest rezultatem bezustannej walki obu tych królestw.

Manichejczycy wierzyli, że człowiek posiada dwie dusze: „pneumatyczną” i hyliczną. Jedna jest przeciwieństwem drugiej, a do pojednania dochodzą tworząc trzecią duszę psychiczną. Dotyczy to zwykłych ludzi. Chrystus uniknął dualizmu duch – materia. Jezus był jednym z „wysłańców”, którzy poprzedzili Manesa. Zadaniem owych „wysłańców” było przyjście z pomocą duszom w uwolnieniu się z więzów materii.

Manicheizm był wyznaniem prześladowanym od samego początku, jego wyznawców poddawano torturom, pozbawiano majątków. Oficjalnie zostali wypędzeni z Cesarstwa Rzymskiego między rokiem 285 a 499. Śmiercią męczeńska zginęło około stu tysięcy manichejczyków. Spadkobiercami doktryny stali się bogomiłowie i katarowie.

Bogomiłowie byli heretykami bałkańskimi wywodzącymi się z terenów dzisiejszej Bułgarii. Pojawili się w początkach X wieku i z czasem rozszerzyli swoje wpływy. Za panowania cesarza Aleksego I Komnena doszło do prześladowań. Wtedy zginął na stosie jeden z ich przywódców – Bazyli. Bogomiłowie nie uznawali Starego Testamentu ani sakramentu eucharystii i ofiary składanej podczas mszy. Twierdzili, że jedyną prawdziwą eucharystią jest niedzielne kazanie, stanowiące całą ich modlitwę. Nie wierzyli w fizyczne zmartwychwstanie ciał, a jedynie w zmartwychwstanie duchowe. Byli przeciwni małżeństwu i prokreacji.

Katarowie wywodzą się z nurtu manicheizmu. Ruch ten przez całe pierwsze tysiąclecie wzbudzał nienawiść i wręcz przerażenie Kościoła. Nie szczędzono tych uczuć jego wyznawcom, którzy pojawili się w początkach XI wieku nazywając się katarami, czyli czystymi. Władze kościelne zaczęły ich tępić już sto lat później, a zdziesiątkowani zostali w 1244 roku. Kataryzm nie był doktryną sekretną. Głoszono ją otwarcie, a nauczania podejmował się każdy „wierzący”, który dostąpił tytułu „doskonałego”. Później ze względu na bezpieczeństwo i strach przed inkwizycją naukę szerzono bardziej dyskretnie. Dzieła katarów rozpowszechniono w Langwedocji, a także w innych regionach, gdzie sekta czuła się silna. Bezpośrednich śladów doktryny ocalało niewiele, jako że księgi katarskie były palone przez inkwizytorów. Szczątki wiedzy o ruchu czerpiemy z akt procesów inkwizycyjnych oraz ocalałych dwóch ksiąg oddanych do dyspozycji ówczesnych sędziów.

Nauka katarów opierała się na manichejskiej teorii dwóch pierwiastków: Dobra i Zła, Światła i Ciemności, Ducha i Materii. Katarowie odrzucali ideę czyśćca. Zbawienie i odkupienie według nich dokonywało się poprzez metempsychozę (wędrówkę dusz). Odrzucali także wieczne piekło, ponieważ wieczny jest tylko Bóg. Nie uznawali Starego Testamentu, ponieważ ich zdaniem relacjonował on czyny Szatana, będącego demiurgiem i władcą tego świata. Jezus był dla nich najwyżej postawionym z „dzieci Bożych”. Bóg go wybrał i uczynił swoim Synem, aby zstąpił na ziemię i głosił chwałę Ojca.

Kościół katarów składał się z dwóch klas: z „doskonałych” albo „czystych” i z „wierzących”. „Doskonali stanowili elitę, oni też pełnili funkcje liturgiczne. Najważniejszym rytuałem był sakrament inicjacji. Następował po długim okresie przygotowawczym, po którym „wierzący” stawali się „doskonałym”, jego upadła dusza odzyskiwała stan łaski, a on sam odtąd czekał już tylko na śmierć, aby zająć miejsce w Królestwie Światłości.

Katarowie praktykowali endurę. Po inicjacji rezygnowali z niedoskonałego i złego świata ziemskiego, pragnąc wyzwolenia przez śmierć. Aby ją przyspieszyć, wyrzekali się pożywienia, pijąc tylko niewielkie ilości wody, aż do wyzwolenia cielesnego. Katarowie wiedli wzorowe życie, przez co tym bardziej odróżniali się od wierzących katolików. Nie byli złodziejami, pijakami ani rozpustnikami, jak wielu ówczesnych duchownych i mnichów. Nie składali przysiąg, nie jedli mięsa, aby ich dusza podczas wędrówki nie znalazła się w ciele zwierzęcia. Stosunki seksualne utrzymywali tylko „wierzący”, „doskonałym” były one zabronione, ponieważ prokreacja przedłużała gatunek, a więc i czas uwięzienia w materialnym ciele.

Rozrastająca się w Europie w XI wieku sekta katarów znalazła wielu zwolenników we francuskim mieście Albi. Jej członkowie stali się znani pod nazwą albigensów. Wierzyli oni, że świat materialny jest w całości zły. Dusza ludzka jest jednak dobra i dostąpi zjednoczenia z Bogiem. Skromność i ubóstwo uważano za cnoty, natomiast bogactwo i wojny – za zło. Odrzucali sakramenty, dogmat o zmartwychwstaniu i Trójcy Świętej oraz organizację kościelną. Nie akceptowali pompatycznych obrzędów rzymskokatolickiego Kościoła i kwestionowali jego prawo do religijnych rządów. Nauka ich została potępiona na synodzie w Tours w roku 1163 i na trzecim soborze laterańskim w 1179 roku.

W roku 1147 kaznodzieja Bernard de Clairvaux, odbywając podróż wizytacyjną po południowej Francji, znalazł kościoły świecące pustkami. W oczach Rzymu szerząca się w Europie nowa religia rozprzestrzeniała się gwałtownie jak zaraza. Konsternacja Kościoła była tym większa, że Albi w Langwedocji było miastem zamożnym i gdyby jego mieszkańcy odwrócili się od Rzymu odbiłoby się to na papieskiej szkatule.

W 1207 roku zamordowany został Pierre de Castlenau, legat papieża Innocentego III. Rzym podał do publicznej wiadomości, że podejrzany o zbrodnie jest Raymond, hrabia Tuluzy, rządzący w sercu regionu opanowanego przez albigensów. Było to równoznaczne z wezwaniem chrześcijańskiego rycerstwa do walki z odszczepieńcami. Nadzieja łupów, jakie można było zdobyć, stanowiła dodatkową zachętę.

W 1209 roku papież Innocenty III skierował przeciwko nim krucjatę pod wodzą Simona de Montfort. Doszło do masakry w Béziers. Fałszywie oskarżony Reymond chcąc ocalić swój lud, sam oddał się w ręce zwolenników Rzymu. Torturowano go i stracono bez sądu, co wywołało gniew króla Francji. Krucjatę wstrzymano. Chciwi rycerze i fanatyczni mnisi nie dali za wygraną. W wyniku ich interwencji u papieża w 1214 roku ogłoszono następną wyprawę i rzezie kontynuowano. Heretyków wieszano, kobiety i dzieci kamienowano i wrzucano do studni. Przeor z Citeaux, Arnold Amalric, zapytany przez wodzów krucjaty, jak odróżnić heretyka od katolika powiedział: „Zabijajcie wszystkich, Bóg swoich rozpozna”. W Bézies zginęło ponad pięćdziesiąt tysięcy osób. Krwawe prześladowania tylko wzmocniły wiarę i poczucie wspólnoty heretyków.

Tragedia w Béziers stanowiła preludium, wojna zakończyła się, bowiem dopiero w 1244 roku. W 1222 roku, w kilka lat po śmierci Innocentego III, Amalric z Montfort, syn Simona, zaofiarował władcy Francji podboje swego ojca. Francja władał wtedy Ludwik Święty. Jego matka, Blanka Kastylijska, była fanatyczną katoliczką o zdolnościach politycznych. Nakłoniła, więc syna, by skończył z rewoltą na południu. Krucjata stanowiła pretekst do zademonstrowania siły królewskiej. Walki zaczęły się od nowa. Szalała też inkwizycja powierzona dominikanom. Heretycy schronili się za murami fortecy Montsegur, którą obległy wojska katolickie. Ci heretycy, którzy nie chcieli się oddać w ręce prześladowców, dobrowolnie – ze śpiewem na ustach – wstąpili na stos. Było to właściwie zbiorowe samobójstwo obrońców miasta. W ten sposób praktycznie zakończyła się wojna z albigensami.

Waldensi – to heretycy z XII wieku, których kalwini uważają za swoich prekursorów. Sektę waldensów założył około 1170 roku bogaty kupiec z Lyonu, Piotr Valdo (Waldens). Nagła śmierć przyjaciela była dla niego takim wstrząsem, że postanowił rozdać majątek biednym i wrócić do prostego życia Jezusa i apostołów. Waldens znalazł zwolenników i naśladowców, których nazwano „waldensami” – „ubogimi z Lyonu”. Dopóki waldensi żyli tylko w ubóstwie, nie uważano ich za heretyków. Bez biskupiego pozwolenia zaczęli jednak głosić Ewangelię. Biskupi zabronili im kaznodziejstwa, a w 1184 roku papież, Lucjusz III, potwierdził wyrok biskupów liońskich i ekskomunikował Waldensa. Zostali również wyklęci jako heretycy przez Innocentego III na soborze laterańskim w 1215 roku.

Waldensi nie pogodzili się z decyzja papieży. Wystąpili z Kościoła uznając, że służbę bożą mogą sprawować tylko żyjący w pobożności. Ich zdaniem duchowieństwo nie miało takich praw, odkąd weszło w posiadanie dóbr doczesnych. Waldensi odłączyli się od Rzymu, ponieważ w swej działalności opierali się wyłącznie na Biblii, odrzucając nauki papieży.

Waldensi odrzucali ortodoksyjną naukę o sakramentach i wszelki kult. Zabraniali składania przysiąg, uczestniczenia w wojnach, posiadania ziemi. Rozrastanie się sekty wzbudzało coraz większy sprzeciw duchowieństwa. Aby więc swobodnie głosić swoją wiarę i żyć wedle swoich reguł, mnóstwo waldensów schroniło się w dolinach Delfinatu i Piemontu. Być może pozwolono by im żyć spokojnie, gdyby nie postanowili wspomóc albigensów.

Część wyznawców wywędrowała na teren dzisiejszej Szwajcarii. W 1487 roku zorganizowano przeciwko nim wyprawę, która nie pokonała ich całkowicie, ale zadała poważne straty. W dobie reformacji waldensi nabrali przekonania, że dzięki niej przetrwają. Zawarli przymierze z kalwinami. Nie skończyły się jednak prześladowania. W 1545 roku spalono dwie wsie zamieszkałe przez waldensów, a ludność, także kobiety i dzieci, zdziesiątkowano. W XVII wieku wysłano przeciwko nim wojska francuskie. Wówczas wywołało to sprzeciw monarchii protestanckich. Do dzisiaj w Piemoncie, Sabaudii i kantonach szwajcarskich istnieją zgromadzenia waldensów przyłączone do Kościoła reformowanego.

Dziwny i okrutny los spotkał także templariuszy. Tym dziwniejszy, że aż do XIV wieku powszechnie uważani byli za bohaterów. Zakon rycerski templariuszy powstał w 1119 roku, powołał go pobożny rycerz, Hugues de Payns, w celu walki z muzułmanami, choć głównym ich celem stało się zapewnienie bezpieczeństwa pielgrzymom na szlaku wiodącym do Jerozolimy. W uznaniu dla bohaterstwa rycerzy, król Jerozolimy, Baldwin II, oddał im skrzydło swego pałacu, znajdujące się w bliskim sąsiedztwie świątyni Salomona (łac. templum). Od tego miejsca wywodziła się nazwa zakonu – templariusze.

Rycerze składali śluby zakonne osobistego ubóstwa. Zaniechali związków z kobietami. Najbardziej cenili odwagę i szlachetność. Pieczętowali się znakiem dwóch rycerzy na koniach, co miało symbolizować wyrzeczenie się dóbr doczesnych. W roku 1126 Huges de Payens przybył do Europy, ponieważ i tutaj toczyła się walka o przetrwanie chrześcijańskiego świata. Zakon rozkwitł w Europie. Od 1128 roku rycerze nosili białe płaszcze, do czego prawo przyznał im papież, Honoriusz II. Czerwony krzyż, znak templariuszy, znalazł się na nich w 1146 roku. Dobra sława zakonu, któremu patronował św. Bernard de Clairvaux, rozeszła się w Europie już w XII wieku.

Czasy krucjat przeminęły. Templariusze zawsze gotowi byli walczyć z niewiernymi na Wschodzie. Skoro jednak główny cel ich działalności przestał istnieć, zakon wszedł w nową rolę. Dzięki licznym nadaniom i operacjom finansowym zgromadzili templariusze wielkie bogactwa w Palestynie i Europie, co zapewniło im ogromne wpływy polityczne i przywileje. Szybko to dostrzeżono zgodnie z zasadą, że bogactwo zawsze wzbudza zawiść. Na początku XIV wieku król Francji, Filip IV Piękny, zapragnął zagarnąć majątek rycerzy. Inkwizycja stała się jego bronią. Oskarżył templariuszy o herezję. Pierwotny cel zakonu poszedł w zapomnienie. Oskarżenia Filipa IV, nieprawdziwe w każdym calu, wzięły górę. Filip IV stwierdził, że templariusze opluwają krucyfiks, oddają cześć diabelskiemu bożkowi, Bafohometowi, utrzymują związki homoseksualne.

W 1307 roku Filip IV skonfiskował dobra zakonu. Potem rozpoczął się proces oskarżycielski połączony z torturami, zakończony wyrokiem skazującym na śmierć przez spalenie na stosie. Około czterdziestu żołnierzy zginęło podczas tortur w Paryżu. Żaden z nich nie oskarżył współbraci. W 1313 roku papież, Klemens V, ogłosił bullę potępiającą zakon. Oznaczało to koniec templariuszy. Ostatni mistrz zakonu, Jacques de Molay, został spalony na stosie.

Reformację w Europie poprzedził ferment ideowy, który znalazł wyraz także w wystąpieniu Johna Wiklifa (Wycliffe) i w husytyzmie.

John Wiklif (ok. 1320-1384) pochodził z hrabstwa Yorkshire. Był rektorem Balliol College i proboszczem w Lutterwirth. Odmówienie mu biskupstwa, co potwierdził także papież Urban V, odczuł jako niesprawiedliwość. Wzbudziło w nim to niechęć do władzy kościelnej. Podjął kampanię, ujawniając nadużycia kleru. Został wezwany przed sąd biskupi w katedrze św. Pawła w Londynie. Dzięki poparciu hrabiego Lancaster, który podzielał jego poglądy, został uniewinniony. W 1378 roku Wiklif atakował obowiązkową spowiedź, odpusty i całą hierarchię Kościoła. Papież i duchowieństwo wystąpili przeciwko niemu ponownie. Jego teorie doprowadziły do sprzymierzenia się panujących przeciwko poddanym, a w konsekwencji do wojny władzy świeckiej i duchownej, przeciwko ludowi i Wiklifowi. Wiklif ośmielił się nawet wystąpić przeciwko papieżowi. Gdy na tron wstąpił Ryszard II, władza hrabiego Lancaster zmalała. Dlatego też w 1382 roku arcybiskup Canterbury, Wiliam Courtenay, popierany przez papieża Urbana V, doprowadził do potępienia doktryny Wiklifa przez synod w Londynie. Wiklif został zesłany na probostwo w Lutterwirth, gdzie zmarł. W 1415 roku Sobór Konstancjański podjął decyzję, by zwłoki Wiklifa ekshumować i spalić. Stało się to w roku 1428.

Do głosu zaczęli w tym czasie dochodzić także husyci. Byli oni zwolennikami i uczniami Jana Husa i Hieronima z Pragi. Po męczeńskiej śmierci obu przywódców husytami nazywano nie tylko autentycznych zwolenników, ale też wiele sekt, które w XV wieku walczyły pod wspólnym sztandarem.

Jan Hus (1369-1415), sam będąc duchownym, dostrzegał zepsucie i rozwiązłość duchowieństwa katolickiego. Zapoznał się z pismami Wiklifa i też zapragnął reformy. Nie podpisał się pod potępieniem przez uniwersytet praski czterdziestu pięciu tez Wiklifa. Publiczne oskarżenia Kościoła przysporzyły mu tłumów słuchaczy. Jego najbliższym współpracownikiem był Hieronim z Pragi, świecki teolog.

Według doktryny Husa głową Kościoła jest Jezus Chrystus. Należą do niego wyłącznie sprawiedliwi i przeznaczeni do zbawienia. Nie można ich z Kościoła wykluczyć, ekskomunika nie ma mocy. Kościół istnieje dzięki wiernym. Istniałby nawet wtedy, gdyby nie było papieża i biskupów. Duchowieństwo nie ma, więc żadnej mocy, gdyż ona należy wyłącznie do Chrystusa. Zadaniem duchowieństwa powinno być tylko ubieganie się o przebaczenie dla grzesznika. W życiu i wierze należy się kierować wyłącznie naukami Pisma Świętego. Każdemu kaznodziei chrześcijańskiemu wolno głosić Ewangelię bez ograniczenia diecezji.

Tezy Husa wymierzały cios władzy papieskiej i biskupiej. Husa ekskomunikowano. To tylko zwiększyło jego popularność. Władze duchowne przekonały Husa, że powinien stanąć przed soborem (1414-1418) w Konstancji. Hus nie podejrzewając podstępu, zdecydował się przybyć. Był pewien, że tam właśnie będzie mógł obronić swoje tezy. Nie pomógł mu nawet glejt od cesarza Zygmunta. Uwięziono go z żądaniem, by wyrzekł się swoich poglądów. Decyzja soboru z 1414 roku Husa potępiono, pozbawiono świeceń kapłańskich i wydano „wymiarowi sprawiedliwości”. Zginął na stosie w 1415 roku.

Podobnie zakończył życie Hieronim z Pragi. Na krótko odstąpił od nauk mistrza, potem jednak decyzje odwołał i spłonął na stosie razem z Husem. Prochy obydwu wrzucono do Renu. To wydarzenie stało się początkiem krwawej wojny domowej, która ogarnęła Czechy, Morawy i część Polski. Oddziały husytów, zebrane pod wodzą Jana Żiżki, utworzyły armię. Walczące z nią wojska cesarza Zygmunta ponosiły porażki. Po śmierci Żiżki, w 1424 roku wojny husyckie trwały nadal. Przeciwko husytom zorganizowano trzy krucjaty. Husyci odnosili zwycięstwa. Wówczas papież i cesarz Zygmunt Luksemburski zaproponowali husytom układy. Dowódców zaproszono na sobór w Bazylei. Do porozumienia jednak nie doszło i walki rozgorzały na nowo. W 1434 roku wojska cesarskie rozbiły oddziały husytów. Oblicza się, że wojny husyckie zabrały ponad czterdzieści tysięcy ofiar.

We Francji, w XV wieku, jeszcze nie uporano się z waldensami, a już duchowieństwo zwróciło swoją uwagę na „koło biblistów z Meaux”. W 1521 roku Sorbona potępiła doktrynę Lutra. W 1523 roku mnich Jean Valliére oskarżony został o luteranizm i spalony na stosie. Ten sam los spotkał Jeana Leclerc z Meaux w 1526 roku. Pod wpływem tych prześladowań zaczęły pojawiać się we Francji ruchy reformacyjne. Powodem szybkiej ekspansji kalwinizmu we Francji były nadużycia Kościoła rzymskiego i duchowieństwa a także sztywne stanowisko Sorbony w kwestiach doktrynalnych.

W 1555 roku potajemnie założono w Paryżu pierwszy zbór kalwiński. Potem odbył się synod krajowy (1559), kolokwium w Poissy (1561) i reformacja we Francji stała się faktem. Innowiercom zabroniono zgromadzeń, praktykowania kultu wedle własnych reguł, dostępu do cmentarzy i większości przywilejów, jakimi cieszyli się katolicy.

Nazwa protestantów francuskich, których nazywano hugenotami powstała około 1560 roku. W roku 1562 wybuchła we Francji wojna religijna, która trwała trzydzieści pięć lat.

Najważniejszym wydarzeniem tej wojny była rzeź hugenotów, zwana Nocą Świętego Bartłomieja. Rzeź miała miejsce w Paryżu z 23 na 24 sierpnia 1572 roku. Dokonano jej w czasie pobytu tam szlachty hugenockiej przybyłej na ślub ich przywódcy Henryka z Navarry (Henryka IV) z Małgorzatą de Valois. Rzeź inspirowana była przez Katarzynę Medycejska i stronnictwo katolickie z Gwizjuszami na czele, za wiedzą Karola IX. Zginęło wówczas wiele tysięcy hugenotów, między innymi jeden z głównych przywódców, Gaspard de Coligny.

Zakończenie wojen przypada na rok 1598. Henryk IV wydał wtedy edykt nantejski, na mocy, którego hugenoci mieli zagwarantowana swobodę uprawiania kultu w wyznaczonych miejscach.

Walki na tle religijnym wybuchły znowu za panowania Ludwika XIII. Kardynał Richelieu postanowił odebrać przywilej innowiercom i zdobył sobie do tego poparcie króla. Hugenoci w 1629 roku stracili swoje twierdze, musieli zrezygnować z przyznanych im gwarancji militarnych. Ich swobody religijne też mocno okrojono. Odsuwano ich od ważnych urzędów, bo Ludwik XIV wszędzie widział hugenockie spiski. W 1685 roku król odwołał edykt nantejski. Przeciwko uciekającym hugenotom organizowano represje. Doprowadziło to do krwawego powstania ludowego, nazwanego wojną kamizardów.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym fakcie.

Wśród nieprawomyślnych wyznawców Kościoła znalazł się także Galileusz. Został uznany za heretyka, ponieważ hołdował prawdzie niezgodnej z wiedza Kościoła. Rzym zaś odmawiał uznania dla odkryć naukowych, jeżeli nie wynikały one z Biblii lub nie zyskały aprobaty papieża. Nieomylność papieża była przecież zasadniczym elementem religii katolickiej.

Otóż Galileusz ogłosił, że to Ziemia obraca się wokół Słońca, a nie na odwrót. Teorię tę wprawdzie zaprezentował wcześniej Mikołaj Kopernik, ale odkrycie swoje zdradził jedynie najbliższym, a pełny tekst dzieła „De revolutionibus orbium coelestium” opublikowano dopiero na rok przed jego śmiercią, w 1543 roku. Galileusz w 1614 roku napisał list, w którym wyłożył swoją teorię. Jego kopia została przesłana św. Inkwizycji. Uznano jednak, że teoria ma niewiele związków z Kościołem, więc nie wniesiono przeciw uczonemu oskarżenia. Gdy jednak Galileusz udał się do Rzymu, wówczas papież, Paweł V, postanowił ponownie przedstawić teorie tę inkwizycji. Galileuszowi wytoczono proces. Teorie kopernikańską uznano za niedorzeczną, bo sprzeczną z Pismem Świętym i odstąpiono od oskarżenia Galileusza o herezję. Wydano jednak orzeczenie, by zaprzestał nauczania i obrony teorii kopernikańskiej. Gdy Galileusz zażądał od Rzymu certyfikatu, w którym byłoby wyraźnie napisane, czego mu zabrania, Watykan prośbie odmówił.

W 1632 roku Galileusz opublikował „Dialog o dwóch najważniejszych układach świata – prolemeuszowym i kopernikowym”. Wyraźnie kpił w nim z poglądów Kościoła. Wówczas ponownie postawiono go przed trybunałem. Galileusz był już wtedy starym człowiekiem i w obawie przed torturami poglądy swe odwołał. Skazano go na dożywotni areszt domowy.

Jeszcze jedno śledztwo wszczął Jan Paweł II. I dopiero w 1992 roku komisja watykańska zdecydowanie oczyściła Galileusza z zarzutu herezji.

Źródło: http://publicdisorder.wordpress.com/2010/09/26/zbrodnie-w-imieniu-chrystusa/

Reedycja: SyøTroll

Mordowanie w imieniu Maryi

[…] kult Maryi […] to powstała z ludz­kiej bezradności i potrzeby oparcia, z je­zuickiego sprytu i kościelnej żądzy wła­dzy historia zgoła infantylnego zabo­bonu, bezwstydnych fałszerstw, przeina­czeń, arbitralnych interpretacji, oma­mień i manipulacji; widowisko do pła­czu i do śmiechu — prawdziwa boska komedia.

ARTHUR DREWS

Jan Paweł II nasilił kult Maryi — od Polski po Afrykę, od Hiszpanii po Amerykę Łacińską. Nieszkodliwe zjawisko? Apoli­tyczne wzmożenie pobożności? W tym Kościele nie ma rzeczy nieszkodliwych! Nie ma rzeczy apolitycznych!

A już na pewno nie jest apolityczna Maryja, choć zdziwi to chyba katolików, którzy najmniej znają historię swego Kościoła. Nieprzypadkowo.

Kim jest Maryja?

Czy triumfuje ona już w Biblii! Tak jak to dzieje się póź­niej, gdy wypiera ze świadomości wielu wiernych nawet „Syna Bożego”? Wręcz przeciwnie! W całym Nowym Testamencie mówi się o niej bez szczególnej czci. Paweł, najstarszy pisarz chrześcijań­ski, wspomina o niej równie mało, jak najstarszy ewangelista. Ale ignorują tę postać także Ewangelia św. Jana, List do Hebrajczyków, Dzieje apostolskie. I sam Jezus, w Piśmie występujący z siedmiorgiem rodzeństwa i jako „pierwszy syn” Maryi, przemilcza swe narodziny z dziewicy. Nigdy nie nazywa jej matką, karci ją, a ona widzi w nim szaleńca. Żaden Ojciec Kościoła sprzed III wieku nie wie nic o jej wiecznym dziewictwie, żaden sprzed VI wieku nie wspomina o Wniebowzięciu. Co więcej, zdogmatyzowana później wiara w Niepokalane Poczęcie była przez największych świętych: Bernarda, Bonawenturę, Alberta Wielkiego, Tomasza z Akwinu i innych, którzy powoływali się na Augustyna, zwalczana jako za­bobon.

Kim jest Maryja?

Postacią nową, wyjątkową w dziejach religii? Przeciwnie! To tylko chrześcijańska „kontynuacja” antycznej Wielkiej Matki, najstarszego bóstwa rodu ludzkiego, zaświadczonego już około 3200 roku p.n.e. Zna je już najwcześniejsza z rozpoznanych reli­gii, sumerska. Wizerunek tej postaci znajduje się już na ołtarzu świątyni w Unik, prehistorycznym mieście na obszarze Babilo­nii. Sumerowie zwą ją Inanną, Babilończycy — Isztar, Huryci — Sauską, Asyryjczycy — Mylittą, Syryjczycy — Atargatis, Fenicja-nie — Astarte; jako Aszera, Anat albo Baalat (partnerka Baala) jest określana w Starym Testamencie, jako Kybele — przez Fry-gijczyków, jako Gaja, Rea, Afrodyta znana jest Grekom, jako Magna Mater — Rzymianom. Odnajdujemy ją też w Indiach pod imieniem Mahadevi. A w Egipcie widzimy ją pod postacią Izydy, niemalże dokładnego pierwowzoru Maryi.

Izyda była na długo przed Maryją czczona jako „matka pełna miłości”, „królowa niebios”, „królowa mórz”, „obdarzająca ła­skami”, „ratująca”, „niepokalana”, semper virgo, sancta regina, mater dolorosa. Izyda uchodziła, jak później „Maryja umajająca”, za matkę zieleni i rozkwitu. Podobnie jak Maryja, już Izyda poro­dziła w dziewictwie i będąc w podróży. Podobnie jak Maryja, już Izyda trzymała dziecię boże — tu zwane Harpokratesem albo Ho-rusem — na kolanach bądź karmiła je piersią. Podobnie jak Ma­ryja, już Izyda nazywana jest „Matką Boską” (mwt n/r). I w roku 431 musi ona odstąpić swoje tytuły „Matki Boskiej” i „Bożej ro­dzicielki” żonie galilejskiego cieśli, przy czym jednym z czynników współdecydujących o przyjęciu tego dogmatu na soborze w Efezie były ogromne sumy, którymi patriarcha Aleksandrii, święty Ojciec Kościoła Cyryl, przekupił, kogo tylko mógł, począwszy od wyso­kich urzędników państwowych, poprzez małżonkę prefekta preto­rianów, aż po wpływowych eunuchów i wpływowe pokojówki; choć sam był bogaty, wykosztował się tak, że musiał dopożyczyć sto tysięcy sztuk złota i jeszcze nie wyszedł na swoje. Nawet zapłod­nienie Maryi zostało przypisane tej porze roku, kiedy nastąpiło zapłodnienie Izydy, której chronologię ciąż nadzwyczaj dokładnie rejestrował egipski kalendarz świąt. Izyda przekazała tamtej Ży­dówce w spadku także swoje atrybuty: półksiężyc, gwiazdę i zdo­biony gwiazdami płaszcz. A że istniały kiedyś czarne wizerunki Izydy, to i karnacja Maryi bywała ciemna, nawet czarna, i tym czarnym madonnom — z Neapolu, Częstochowy, a zwłaszcza ro­syjskim — przypisywano szczególną świętość. Kim jest Maryja?

Obrończynią kobiety? Symbolem kobiety, czczonej przez Boga jako „matka”? Przeciwnie! Karykaturą kobiety! Jest to istota wniebowzięta za życia cielesnego, „niepokalana” pożąda­niem, bez skazy, czysta, triumfująca nad swoimi zmysłami, dzie­wica ante partum, in partii, post partum, pełna glorii antagonistka Ewy, grzesznicy, winnej, partnerki węża i fallusa. Im bardziej w bogobojnym średniowieczu rozkwita kult Madonny, im bar­dziej roi się od pieśni, kazań, kościołów, bractw na jej cześć, tym częściej jest poniżana, upokarzana, ujarzmiana — kobieta. Ko­bieta ma niewiele praw, jako menstruująca i ciężarna uchodzi za istotę nieczystą, jakoby kalał ją też poród, a nierzadko i kopulacja. Uchodzi za „stale otwartą bramę piekieł”, gdy tymczasem Maryja, „służebnica Boga”, a więc kapłana, awansuje do miana „bramy niebios”. Tu wywyższenie ponad wszelką miarę, tam nieomal bez­graniczne poniżanie, którego kulminacją stało się spalenie setek tysięcy czarownic.

Kim jest Maryja?

„Umajającą królową”? „Matka Boską Lipową”? „Leśną”? Owszem. Ale zarazem, tak jak jej antyczne poprzedniczki, jak bogini miłości i walki Isztar, jak dziewicza bogini wojny Atena i inne — chrześcijańską boginią krwi i zemsty, Matką Boską Bi­tewną i Matką Boską Eksterminacyjną. Bo starym obyczajem lu­dzi pobożnych jest mordowanie w imieniu Maryi.

Wojska bizantyjskie zabierały na wojny jej wizerunek, który znajdował się też w pałacu cesarskim w Konstantynopolu i w róż­nych miejscach stolicy. Liczni katoliccy wodzowie byli szczerymi czcicielami Maryi. Cesarz Justynian I, który z papieską pomocą wyplenił dwa plemiona germańskie: Wandalów i Ostrogotów, przypisał swe krwawe zwycięstwa Maryi. Podobnie uczynił jego bratanek Justyn II, który uznał ją za patronkę wojny z Persami. Na dziobach okrętów wojennych cesarza Herakliusza widniały wizerunki Maryi. Chlodwig, istny potwór, upamiętniany po dziś dzień nazwą jednego z placów w Kolonii, przypisywał swe bru­talne triumfy nad „kacerzami” — Maryi. Będące celami pielgrzy­mek sanktuaria w Tours i Poitiers zostały ponoć przez Karola Młota, zwanego „młotem bożym”, wielkiego czciciela również „Matki Boskiej”, zarzucone trupami trzystu tysięcy Saracenów. Karol „Wielki”, który mając wiele żon i kochanek, zawsze no­sił na piersi wizerunek Maryi, zdołał w ciągu czterdziestu sze­ściu lat rządów, podczas pięćdziesięciu kampanii, zdziesiątkować niejeden naród i złupić setki tysięcy kilometrów kwadratowych, „wysłuchawszy naszych przestróg” — jak skomentował to papież Hadrian I. Poczuwając się do wdzięczności, Karol rozpowszechnił w swoim państwie kult Maryi na miarę wcześniej nie spotykaną i wzniósł „na polach bitewnych godne tej niebiańskiej protektorki sanktuaria” (Hócht).

Całe średniowiecze to epoka rozkwitu miłości do Maryi i ohydnych rzezi w jej imieniu. Myśl o „zwycięstwie Maryi” po­jawiała się „we wszelkich dziedzinach życia […]. Nawet w wal­kach świeckich imię Maryi rozbrzmiewało w bojowych okrzykach chrześcijan” (Hócht; z kościelnym impńmatur).

Przy pasowaniu na rycerza otrzymywało się poświęcony miecz, wręczany ze słowami: „Na chwałę Boga i Maryi przyj­mij ten miecz i żadnego innego”. „Maryjo, dopomóż” — wo­łano często przed bitwą. O clemens, o pia, o dulcis virgo Maria — „O dobra, łagodna, słodka Panno Maryjo!” — śpiewali krzy­żowcy przed wyruszeniem na okrutne rzezie w „Ziemi Świętej”. Na Wschodzie rycerze Zakonu Niemieckiego, którzy mordowali i pacyfikowali bez ustanku, „służyli tylko swej niebiańskiej Pani — Maryi”. Straszliwe rozprawienie się z albigensami to „triumf Naszej Pani Zwycięskiej”.

Trwająca przez całe średniowiecze, od roku 711 do 1492, wojna z islamem w Hiszpanii, też została uznana za zwycięstwo „Matki Bożej”. Imię Maryi rozbrzmiewało podczas bitwy stoczo­nej w 1212 roku w dniu Święta Szkaplerza Najświętszej Panienki pod Navas de Tolosa, gdzie król Kastylii Alfons i jego żołdacy pod maryjnymi sztandarami położyli ponoć trupem ponad sto tysięcy Maurów i nagrabili mnóstwo złota oraz kamieni szlachetnych. W kilkadziesiąt lat później, w 1248 roku, król Ferdynand Święty z wizerunkiem Maryi na piersi i jej imieniem na ustach pokonał Maurów w bitwie pod Sewillą. A wygnał ich w końcu z Hiszpanii Ferdynand Katolicki, fanatyczny czciciel Maryi.

Wszędzie była widoczna „mariańska dynamika dziejów”. W bitwie o Belgrad (1456) — „mariańskim czynie zbrojnym pod wodzą wielkiego propagatora Maryi” świętego Jana Kapistrana, szalejącego generała franciszkanów, który miał też na sumieniu bardzo wielu Żydów — zginęło, ponoć, z pomocą Maryi, osiem­set tysięcy Turków. Osiem tysięcy padło podczas morskiej bitwy pod Lepanto (1571). Święty Pius V ogłosił dzień tej bitwy, 7 paź­dziernika, ważnym świętem „na pamiątkę Naszej Pani Zwycię­skiej”. A Wenecjanie, którzy przyczynili się istotnie do zwycięstwa, umieścili pod powieszonym w Pałacu Dożów obrazem przedsta­wiającym bitwę napis: „Nie potęga, nie broń i nie wodzowie, lecz Maryja Różańcowa pomogła nam zwyciężyć!”

W Nowym Świecie adoratorem Maryi był krwawy zbir Cor-tez. Obrał ją sobie za patronkę wszędzie, gdzie na górach trupów wznosił krzyż, pokazywał też jej wizerunek i oświadczał, że oto na miejscu indiańskich „bożków” znajdzie się „nasza triumfująca, święta Pani, matka Jezusa Chrystusa, który jest synem Boga […]“. Również pierwsza krwawa łaźnia wojny trzydziestoletniej, bitwa pod Białą Górą w pobliżu Pragi (1620) była zwycięstwem Maryi; katolicki wódz Tilly też ją z zapałem wielbił; na głównym sztan­darze Ligi widniał wizerunek „Matki Boskiej” i napis, na który „Nasza Pani Zwycięska zasłużyła” (te słowa otrzymały imprima-tur!): Terńbilis, est castrorem acies ordinata — „Straszna jak wojsko w szyku bojowym”.

Jak to możliwe, że Tilly odniósł trzydzieści dwa zwycięstwa „pod znakiem Naszej Pani z Altótting”, a potem, będąc jed­nym z „największych wodzów wszechczasów” i podówczas, ucho­dząc za „najpoważniejszy autorytet w kwestiach strategii nie tylko w Niemczech, ale i w Europie” (Gilardone), za trzydziestym trze­cim razem uległ przewadze „kacerza” Gustawa Adolfa i sam też poległ — mimo udziału Maryi?

A zwycięża ona jeszcze w XX wieku. Po grabieżczej inwa­zji Mussoliniego na Abisynię Włosi przesyłali z wojny widokówki ukazujące ugwieżdżoną Madonnę z Dzieciątkiem ponad wieżą spowitego dymem z dział czołgu, który atakowali z boku żołnierze. Podpis: Ave Maria. Arcybiskup Neapolu kardynał Ascalesi urzą­dził na trasie z Pompejów do Neapolu procesję z obrazem „Matki Boskiej”, podczas której samoloty wojskowe zrzucały ulotki glo­ryfikujące w tym samym zdaniu Świętą Dziewicę, faszyzm i wojnę w Abisynii. Patronką lotników Mussoliniego była „Święta Matka Boska z Loreto”. Sukcesem Maryi okazała się oczywiście także hiszpańska wojna domowa.

Krótko mówiąc, cała pobożna historia Zachodu to ciąg cudownych zwycięstw Maryi. Według tego, co twierdzi Hócht w swoim wydanym za zgodą władz kościelnych dziele Maria rettet das Abendland. Fatima und die „Siegeńn in allen Schlachten Gottes” in der Entscheidung urn Ruftland (Maryja ratuje świat za­chodni. Fatima i „triumfatorka we wszystkich bitwach bożych” w starciu decydującym o losach Rosji, 1953) — utworze budzącym grozę i zasłużenie dedykowanym z „wyrazami czci Jego Świąto­bliwości Papieżowi Piusowi XII, wielkiemu bojownikowi o pokój” — większość decydujących bitew odbyła się w święta maryjne albo przynajmniej „na trzy dni przed Jej największym świętem”, „na dwa dni przed narodzinami Maryi”, „w przeddzień Wniebowzię­cia Maryi”, „w wieczór poprzedzający Święto Różańcowe” i tak dalej, i tak dalej, aż do Napoleona i Hitlera, który — czego się wreszcie stąd dowiadujemy — właściwie został pokonany tylko przez Maryję i papieża Pacellego. Albowiem, „jako papież praw­dziwie mariański”, Pius XII wezwał w 1942 roku, „kiedy to narody zachodnie” były „w śmiertelnym niebezpieczeństwie”, „cały świat katolicki do ślubowania Królowej Różańca i do potężnej krucjaty modlitewnej” — i patrzcie, patrzcie, zwycięstwa Maryi następują jedno po drugim, tyle że nie po stronie państw osi, dla których przeznaczył je Pacelli.

Właśnie 31 października 1942 roku, gdy papież zaślubił ludz­kość z Niepokalanym (!) Sercem Maryi, dokonało się, jak wia­domo, pierwsze przełamanie przez Anglików frontu nieprzyjaciel­skiego pod El Alamein. Następne zwycięstwo Maryi: Stalingrad! W Święto Matki Boskiej Gromnicznej. „Matka Boska” w sojuszu z Armią Czerwoną! A dalej: wyzwolenie Tunisu i Afryki Północnej w święto Fatimy. Kapitulacja Włoch, kraju pochodzenia papieża, w Święto Narodzin Maryi. Ostateczne pokonanie Rzeszy Nie­mieckiej i zawieszenie broni w Święto Objawienia się archanioła Michała (patrona Niemiec!) na górze Gargano. Oprócz tego zwy­cięstwo nad Japonią, po zrzuceniu pierwszych bomb atomowych — triumf Maryi! Kapitulacja Japonii w Święto Wniebowzięcia!

Na pamiątkę najkrwawszych orgii bitewnych w naszych dzie­jach obszar Europy pokrywają kościoły pod wezwaniem Maryi Zwycięskiej: od Santa Maria de Yictoria pod Fatima, poprzez Ma­ria de Yictoria w Ingolstadt, kościół Zwycięstwa Maryi w Wiedniu, kościół „Maryi Zwycięskiej” na polu bitwy pod Białą Górą koło Pragi, aż po kościół Maria delia Yittoria w Rzymie itd.

I akurat w okresie trwania otoczonego chwałą sojuszu klero-faszystowskiego, za czasów Mussoliniego, Hitlera, generała Franco, Salazara, Fatima staje się — wspólnie z Lourdes — kolej­nym celem pielgrzymek maryjnych, sławnym i nader niesławnym zarazem, bo coraz wyraźniej funkcjonującym jako ośrodek propa­gandy antykomunistycznej i antybolszewickiej. Wszędzie powstają gazety, wydawnictwa, kościoły, kaplice ku czci Matki Boskiej Fa­timskiej. Powstaje „szwabska Fatima” i „Fatima w kraju Zulu-sów” oraz „Fatima wschodnioafrykańska”. Kult dociera do Chin, na Południowy Pacyfik. I w roku 1942, gdy wojska Hitlera tkwią w głębi Rosji, a Pius XII i jego biskupi rozpętują na całym świe­cie, iście goebbelsowskimi metodami, kampanię antyradziecką, kolportuje się też „proroctwo” fatimskiej Madonny: Pokój nasta­nie, gdy Rosja się nawróci. „Jeśli tak nie będzie, to rozpowszechni ona swe pomyłki na całym świecie, wywoła niejedną wojnę i prze­śladowania Kościoła; dobrzy ludzie będą dręczeni, ojciec święty wiele wycierpi; niejeden naród zginie […]“. A w roku 1950, gdy Pius XII, obdarzony widzeniami równie obficie jak kapitałem, ogląda na niebie „cud doliny fatimskiej”, biskup Sheen wykrzy­kuje, przemawiając w Fatimie: „Plac Czerwony w Moskwie ma oto przeciwwagę w Białym Placu w Fatimie […]. Za pięćdziesiąt lat Plac Czerwony będzie Placem Białym. Młot przemieni się w krzyż Chrystusa, a sierp w księżyc pod stopami Naszej Pani!”

Nieważne, że przy okazji zniknie „niejeden naród”… Byleby Rzym uzyskał to, czego chce! Ale w tym wszystkim Maryja od­grywa, i w polityce kościelnej, i jako obiekt kultu, rolę niebaga­telną — od Portugalii do Polski i Ameryki Łacińskiej. Na całym świecie Kuria zwalczała komunizm i ZSRR. Od lat dwudziestych, kiedy to czczono „cud nad Wisłą” (1920) jako zwycięstwo Ma­ryi nad Armią Czerwoną, jako „ocalenie Europy przed bolszewi-zmem” (biskup Graber), stolica apostolska otwarcie i potajemnie podtrzymywała istnienie frontu antyradzieckiego, stając po stro­nie Piłsudskiego, Hitlera, Stanów Zjednoczonych. A odwieczne zadanie Polski polega na tym, by stanowić „przedmurze chrze­ścijaństwa” w obronie przed Rosją, kordon sanitarny, a zarazem bazą wypadową.

Watykanowi chodziło przecież nie tylko o likwidację szatań­skiego Związku Radzieckiego, lecz również o podporządkowanie sobie rosyjskiego Kościoła prawosławnego. Cel aktualny już pra­wie tysiące lat, a próbowano go osiągnąć na wszelkie sposoby, dyplomatyczne i militarne, poprzez krucjaty, wysiłkiem niemiec­kich rycerzy w habitach i wojsk szwedzkich; gigantycznym oszu­stwem, jak w wypadku awantury owej bezczelnej postaci, którą na początku XVII wieku jako rzekomego carewicza w efekcie kampanii wojennej osadzono na tronie, by Rosja stała się rzym­skokatolicka. Ta farsa historyczna — nie ustępująca bynajmniej pod względem oszukańczego charakteru „darowi Konstantyna”, największemu fałszerstwu wszechczasów — również rozpoczyna się w Polsce, przy aplauzie ojca świętego Pawła V i szczególnym poparciu jezuitów, nuncjusza papieskiego oraz arcybiskupa kra­kowskiego, jednego z poprzedników Karola Wojtyły, który nie tylko niezmordowanie zaleca wszędzie nabożną cześć dla Maryi, lecz ponadto przypomina Polsce o jej „historycznym” zadaniu.

Właśnie podczas jego „pielgrzymki” w czerwcu 1979 roku powtarzało się to ciągle, chociaż z bardzo potrzebną ostroż­nością, w wypowiedziach o budzących strach moskiewskich odmieńcach. Ale każdy wie, co to oznacza., jeśli Jan Paweł II mówi w Polsce, że „przez swą tysiącletnią historię” należy ona do Europy, że „bez niepodległej Polski na mapie Europy nie może istnieć Europa sprawiedliwa!” Jeśli on, „papież słowiań­ski, właśnie teraz chce uwidocznić jedność duchową chrześci­jańskiej Europy” i woła: „Tak, tego chce Chrystus”, co paskud­nie przypomina stary okrzyk bojowy krzyżowców, który słyszeli­śmy jeszcze w czasie pierwszej i drugiej wojny światowej: w cza­sie tej wojny, która „Europę w tragiczny sposób podzieliła” — z wszelką pomocą Watykanu! i dlatego „Europa musi zwró­cić się ku chrześcijaństwu”, jak tego zażądał w czasie swej po­dróży po Polsce — kontynuując poprzednią myśl — papież Woj-tyła; właśnie w „sanktuarium maryjnym” na Jasnej Górze, gdzie Czarna Matka Boska jest obłożona odznaczeniami wojennymi, zażądał „wolności Kościoła w Polsce i w dzisiejszym świecie”; właśnie tam, przed obliczem „Maryi, Królowej Polski”, wyja­śnił, „co to znaczy być chrześcijaninem w Polsce […]. Być chrze­ścijaninem — to oznacza: czuwać. Jak Żołnierz na posterunku […]“.

Horst Herrmann, były wykładowca katolickiego prawa ka­nonicznego, podkreśla słusznie w swojej książce Papst Wojtyla. Der Heilige Narr (Papież Wojtyła. Święty głupiec), że od czasów Piusa XII nie było tak bardzo zorientowanego na kult Maryi pa­pieża, jak Jan Paweł II; że podczas jego podróży wizyty w miej­scowych sanktuariach maryjnych są wręcz punktami kulminacyj­nymi i tak było w irlandzkim Knock, włoskim Loreto, meksy­kańskim Guadalupe oraz w Polsce, na Jasnej Górze; że również jego adoracja Maryi jest „wyrazem swoistej teologii politycznej”; że również dla niego Maryja jest „triumfatorką”, co przypomina słowa Piusa XII, osławionego stronnika faszystów, który nazwał ją „triumfatorką we wszelkich bitwach bożych”. I tak jak papież Pacelli apelował o to, by śluby złożone Maryi stały się „wołaniem o skuteczne reformy obyczajów, o konieczne zmiany na pozio­mie życia osobistego i rodzinnego, na poziomie życia w państwie i społeczeństwie, na poziomie życia narodowego i międzynaro­dowego”, tak też papież Wojtyła wspomniał w kontekście ślu­bów złożonych „Czarnej Matce Boskiej” z Częstochowy nie tylko o „polskich cierpieniach”, ale także o „polskich zwycięstwach” i uznał za konieczne, za „coraz bardziej konieczne panowanie Matki Boskiej”.

Czy chodzi tu o Polskę? O Niemcy? O Europę Zachodnią? O Stany Zjednoczone? Chodzi tylko o nich samych oraz ich wła­dzę! „Gdyby pomyślny wynik wojny pozwolił Amerykanom stać się panami świata, zwłaszcza Włoch — wyjaśnił po drugiej wojnie światowej jezuicie Tondiemu Monsignore Fallani z watykańskiego Sekretariatu Stanu — to sytuacja ekonomiczna Watykanu i kato­licyzmu byłaby niepewna i ciężka. Teraz Ameryka daje nam tyle dolarów, ile chcemy, bo potrzebuje nas jako potęgi politycznej. Ale jutro przejęliby wszystko protestanci”. „A jak my się wówczas zachowamy?” — spytał jezuita. „Poszukamy kogoś, kto by podjął walkę z Amerykanami — odparł Fallani — tak jak teraz chcemy, żeby Ameryka walczyła z komunizmem”.

Ale i wówczas jakiś papież zaapeluje o pokój, jakiś „Kościół oddolny” będzie mieć nadzieję na „reformy”, kult Maryi będzie kwitł, a wierni będą śpiewać raczej odruchowo, niż z głębokim przekonaniem: „Maryjo, dopomóż …”

Źródło : http://publicdisorder.wordpress.com/2011/11/19/karlheinz-deschner-opus-diaboli-e-book/